czwartek, 9 sierpnia 2012

Makijaż brwi

Temat może i banalny oraz oklepany, ale myślę że może niektóre informacje dla kogoś okażą się nowe.

Myślę, że warto zacząć od tego po co w ogóle podkreślamy brwi. Jest to niezwykle istotny element, którego ja w moim makijażu nigdy nie pomijam. Brwi są oprawką naszego oka. Ich odpowiedni kształt może nawet korygować nieco kształt naszej twarzy, dlatego też ważna jest ich depilacja (ale o tym innym razem). Nie twierdzę, że każdy tego podkreślenia potrzebuje - zdarzają się przecież dziewczyny o pięknym kształcie brwi, które są gęste i mają kolor idealnie pasujący do koloru włosów. Takich szczęściar jest niestety niewiele. Wbrew pozorom brwi naprawdę wiele zmieniają w wyglądzie twarzy (widzę to po niektórych swoich koleżankach), więc należy zadbać o ich odpowiedni wygląd.

Metody podkreślania brwi
Są dwie szkoły jazdy - podkreślanie brwi kredką i podkreślanie brwi cieniem po powiek lub brwi.

Na polskim rynku jest trochę kredek do brwi. Wydaje mi się jednak, że ciężko jest trafić z odpowiednim kolorem, gdyż ich gama (przynajmniej na półce przystępnej cenowo) jest nieduża. Jeżeli natomiast dobrze dobierzemy kredkę, można nią naprawdę fajnie wypełniać wszelkie luki w brwiach. Warto ją utrwalić - tu nie trzeba zbytnio kombinować. Przed nałożeniem kredki jako bazę wystarczy zastosować zwykły krem na dzień do twarzy. Ja niestety jakoś nie mogę się przekonać do podkreślania brwi kredką, zwłaszcza że pod wpływem temperatury ciała kredka się nagrzewa i nieco rozpuszcza. Wystarczy wtedy jedno przypadkowe otarcie dłonią i mamy kredkę na połowie czoła. Z drugiej jednak strony kredka jest bardziej trwała niż cień.

Teraz przejdźmy do cieni - tu wiem nieco więcej, gdyż jest to moja codzienna metoda podkreślania brwi. Najlepiej używać do tego tzw. brudnych odcieni - ja aktualnie używam brudnego popielatego wpadającego lekko w brąz z paletki Paraguaya. Popiele są świetne dla blondynek. Ja mam włosy bordowe, ale jakoś nie mogę się przekonać do podkreślania brwi brązami, choć czasem też mi się zdarzy użyć brudnego brązu. Brudne brązy są właśnie świetne dla szatynek, a te ciemniejsze dla brunetek. Rudzielce powinny się pokusić o podkreślanie brwi cieplejszymi kolorami (do których ja osobiście nie mogę się przekonać). Blondynkom o cieplejszym typie urody będą również pasować bardzo jasne brudne brązy. Warto też wiedzieć, że nie musimy kupować specjalnego cienia do brwi - wystarczy mieć odpowiedni kolorystycznie cień do powiek i dobrze go utrwalić. Do tego można używać specjalnego wosku do brwi, albo wybrać tańszą opcję, czyli odżywkę do brwi w żelu. Ja używam tej przezroczystej z My Secret, kupionej na promocji w Naturze za 4,49 zł. Ciężko mi się na razie wypowiedzieć czy jako odżywka spełnia swoje zadanie, ale mogę potwierdzić, że sprawdza się jako żel utrwalający cień do brwi - cień trzyma się na miejscu cały dzień, włoski są zdyscyplinowane i również trzymają się na swoim miejscu, a co więcej odżywka nie kruszy się na biało. Moje brwi są odpowiednio podkreślone od nałożenia i utrwalenia cienia aż do momentu demakijażu. Także mamy tutaj tanie rozwiązanie :)


Jeżeli komuś natomiast nie chce się bawić w codzienny makijaż brwi i ma je dość gęste bez większych błędów w depilacji, polecam hennę, by dopasować ich kolor do koloru włosów.

Ot, taki szybki post (ostatnio wracam z pracy o zachodzie słońca (a wychodzę do niej o 5 rano), więc w tym kiepskim świetle nie bardzo mam ochotę robić Wam zdjęcia produktów lub makijaży, dlatego z tym musimy poczekać do weekendu, podczas którego pewnie narobię makijaży i recenzji na zapas). Myślę, że poruszyłam ważny temat, gdyż moje brwi przykładowo są mało widoczne, zwłaszcza przy moim intensywnym kolorze włosów - po prostu giną. Znam też osoby o bardzo jasnych brwiach, których nie podkreślają i muszę przyznać, że w takiej sytuacji makijaż oka wygląda dziwnie - czegoś mu brakuje, mimo że brwi mają ładny kształt. Dlatego uważam, że naprawdę warto zwracać uwagę na odpowiedni wygląd brwi.

Piszcie co Wy o tym sądzicie i o tym co robicie a własnymi brwiami :)

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Migawki z życia codziennego makijażomaniaczki

Hej!

Dzisiaj trochę inny post.

Zacznijmy od rozeźlenia na Pocztę Polską. Miałam męczący dzień w pracy, potem w domu. Zobaczyłam, że przyszło awizo, więc powędrowałam na pocztę, by odebrać moją paczuszkę z kosmetykami. Sprzedająca jak zwykle spisała się na medal - wszystko solidnie popakowane, zamówienie się zgadza. Tak się cieszyłam, że trafił się poprawiacz humoru, chciałam zrobić Wam fotki i swatche. Rozpakowuję paletkę Sleek OSS i okazało się, że wszystko jest w czarnym cieniu, którego połowa rozpadła się podczas transportu i do tego jego kawałki wysypały mi się na dywan, który ciężko było doprać. Ten cień ma taką pigmentację, że wyglądałam jak kocmołuch. I tyle wyszło z planów robienia zdjęć dla Was :(

Cień można było oczywiście naprawić za pomocą spirytusu lub wódki, jednak nie chciało mi się specjalnie dla tego jednego cienia kupować alkoholu, zwłaszcza że mam identyczny (no może ciut mniej czarny) w paletce Darks, no i do tego czarnych cieni używam w niewielkich ilościach. Ale jakby któraś z Was była zainteresowana jak naprawić zniszczony cień, odsyłam do filmiku nissiax83, choć podejrzewam że większość z Was pewnie zna już tą metodę.

Tak więc jakoś uprzątnęłam bałagan po czarnym cieniu z paletki OSS i niby mogłabym się już nią cieszyć. Ale że jestem pechowa coś ostatnio, to mogę się tylko na nią patrzeć i podziwiać, gdyż zapewne przy tworzeniu makijażu Jasmine jakiś cień albo pigment osypał się do mojego wrażliwego oka i mam lekko spuchniętą i obolałą dolną powiekę. Tak więc przez 2-3 dni muszę robić okłady z torebek od herbaty (u mnie to zawsze pomaga), no i do tego przez kilka dni nie mogę się malować. A pech chciał tak, że mam ostatni tydzień w pracy, w którym mogę chodzić w makijażu - za tydzień zacznę pracować w sterylnym pomieszczeniu, gdzie na twarzy będę mogła mieć tylko podkład.

Sorki, że smęcę, ale trafił mi się dzień kosmetycznego pechowca, więc chciałam o tym coś napisać, zwłaszcza że przemyciłam tu nawet dwie porady (na zepsuty cień i na stan zapalny powieki).

Piszcie, czy Wy też macie czasami takie dziwne kumulacje babskiego pecha ;)

niedziela, 5 sierpnia 2012

Wielkie rozdanie u Zmalowanej!

Hej!

Notkę tę zamieszczam z okazji wielkiego rozdania kosmetycznego na stronie Zmalowanej, której chyba przedstawiać nikomu nie muszę ;)


Nagrody są wspaniałe, jak widać na zdjęciu, więc myślę że naprawdę warto wziąć udział i spróbować szczęścia. Rozdanie trwa do 16 sierpnia (jest to dzień urodzin Zmalowanej). Szczegóły znajdziecie TUTAJ :)

Z wielką przyjemnością biorę udział w rozdaniu, bo bardzo lubię makijaże Marty i na bieżąco śledzę je na YT i na jej stronie internetowej - jest ona bardzo kreatywną i zdolną osobą, dlatego jeśli jeszcze nie znacie jej kanału i bloga zapraszam do oglądania/lektury - może Wy również znajdziecie tam coś dla siebie.

Na koniec pozostaje mi życzyć sobie i innym szczęścia w rozdaniu :)

MAKIJAŻ # 13: Inspired by The Disney Princess: Jasmine

Cześć!

Dzisiaj będzie makijaż, ponieważ postanowiłam przyłączyć się do zabawy organizowanej na blogu Carmilla Beauty, a mianowicie "Inspired by The Disney Princess". Wiem, wiem - z czym do ludzi :P Ale pozazdrościłam pięknych makijaży dziewczynom, które bawiły się w Inspired by Places. Takie zabawy rozwijają wiele zdolności - budzi się w nas kreatywność, lepiej poznajemy kształt naszego oka, dowiadujemy się też więcej o możliwościach naszych kosmetyków i o tym jak się ze sobą łączą. Uważam zatem, że jest to fajny pomysł, nawet jak ktoś jest takim beztalenciem jak ja. Do zabawy może się przyłączyć każdy. Więcej informacji znajdziecie tutaj: http://carmillabeauty.blogspot.com/2012/07/inspired-by-disney-princess-zabawe-czas.html

Jak widzicie na załączonym obrazu, tematyka zabawy stanowi ogromne wyzwanie, gdyż mnie większość z tych postaci kojarzy się jedynie z mocno podkreślonymi ustami i rzęsami, i ewentualnie fioletowymi powiekami. A niektóre w ogóle z makijażem mi się nie kojarzą (Pocahontas choćby). Ale jak już pisałam - chodzi o dobrą zabawę i kreatywność, więc postanowiłam że spróbuję ;)

Dzisiaj zatem makijaż Jasmine.
Początkowo chciałam poszaleć z mega arabskim makijażem, bo w końcu to arabska księżniczka. Niestety moje lewe oko (to z wadliwym kanalikiem w trakcie leczenia), przy każdej próbie stworzenia kreski w wewnętrznym kąciku odmawiało współpracy i reagowało łzawieniem. Po kilku dniach prób miałam już załamkę. W końcu dzisiaj stwierdziłam, że nie chcę rezygnować z makijażu Jasmine i zmienię po prostu jego koncepcję. I stworzyłam coś pojechanego. Wygląda to mniej więcej tak:

Makijaż ten jako całość nie nadaje się oczywiście na wyjście z domu. Ale można zaczerpnąć z niego pojedyncze elementy do makijażu wieczorowego. Te fantazyjne złote kropki dołożyłam w ramach eksperymentu - chciałam zobaczyć jak to będzie wyglądać, bo w końcu to postać bajkowa. Początkowo planowałam zrobić tylko drobne kropeczki tworzące dwa łuki pod oczami i tak pewnie wyglądałoby to lepiej. No ale nie posiadam typowego cienkiego pędzelka do eyelinera, a skośnym nie bardzo się dało tak zrobić, więc wyszło coś takiego. Ale jak już pisałam - postać bajkowa, więc można nawet trochę przesadzić ;) Bez tych złotych zdobień makijaż nadałby się nawet na wieczór. Można jeszcze dołożyć delikatniejsze usta, żeby tak się nie gryzły z zielenią na oczach.




Czego się nauczyłam tworząc ten makijaż? Tego, że kreski robione kredką czasami sprawdzają się lepiej niż eyeliner - najpierw nałożyłam czarną kredkę jako bazę, na koniec nakładałam ją jeszcze raz, bo stwierdziłam, że nie chcę takich ostrych odcięć jakie daje eyeliner - chodziło mi o łagodniejsze przejścia kolorów. Myślę, że akurat to mimo moich obaw wyszło całkiem nieźle. W ogóle na początku obawiałam się, że ta krecha będzie zbyt gruba i dramatyczna, ale na fotkach widzę, że mogłam nawet bardziej z nią poszaleć :P

No i kolejna rzecz, o której już napomknęłam - kłania się zakup zwykłego cienkiego pędzelka do eyelinera, bo widzę że jednak łatwiej mi będzie robić precyzyjne zdobienia czymś takim, mimo że do robienia kreski na oku używam skośnego pędzelka.

Z makijażu samego oka chyba pierwszy raz jestem naprawdę zadowolona. Zadanie zabawy uważam zatem za spełnione - dowiedziałam się paru pożytecznych rzeczy o moim makijażu i o tym jak go udoskonalić, a przy tym świetnie się bawiłam.


A teraz mały bonus...
Czyli co się stało jak rozmazałam złote kropki ;) Może Jasmine w wersji awangardowej komuś z Was przypadnie do gustu ;D


sobota, 4 sierpnia 2012

Znowu zakupy!

Czyli nie przetrwałam miesiąca za 50 zł. Wiadomo, że fajnie byłoby wreszcie przyoszczędzić, ale ja podchodzę do sprawy tak: zaliczyłam na początku sierpnia spore zakupy, bo prawie wszystko co kupowałam miało bardzo okazyjne ceny i i tak były to produkty, które chciałam prędzej czy później zakupić (albo jakieś ich odpowiedniki), a skoro zakupiłam je teraz, to wydałam na nie mniej, niż wydałabym później. Ot, taka filozofia oszczędzania :D W zasadzie w tej chwili do względnego kosmetycznego spełnienia brakuje mi tylko Duraline Inglota i jakiejś fajnej paletki z radosnymi kolorowymi cieniami (nie jestem wielką fanką pereł, więc nie kupię Snapshots Sleeka, tylko czekam na wrzesień, aż w sklepach internetowych znowu pojawi się Brights, chyba że Sleek w międzyczasie wypuści coś fajniejszego).

No to teraz tak szybciutko rzućmy okiem na zakupy. Wyglądają one tak (na zdjęciu poniżej przez moją sklerozę zabrakło jednego produktu):

Na pierwszy rzut weźmy zakupy z Biedronki:
Promocja na kosmetyki w Biedronce robi ostatnio szał. Ja w ramach oszczędności miałam omijać ten sklep szerokim łukiem :P W końcu stwierdziłam, że jednak wpadnę po miętowy lakier Bell, bo wiele dobrego o tych lakierach słyszałam. Ale jeden biedny lakier nie może wracać do domu samotnie, więc wzięłam mu paru kolegów ;)

Sól do kąpieli odżywiająca Miód & Mleko, Be Beauty

Przyznam szczerze, że nigdy nie używałam kosmetyków tej marki. Wydawało mi się, że raczej nie będą miały dobrej jakości. Ale dowiedziałam się, że tak naprawdę produkują je znane firmy, jak na przykład Tołpa. No i skoro dziś jeszcze ujrzałam okazyjne ceny, postanowiłam zaryzykować. Na pierwszy ogień idzie ta sól. Pewnie lepsza byłaby dla mnie nawilżająca niż odżywiająca, ale tu tak spodobał mi się zapach. No i może kierowałam się też tym, że miód i mleko z Joanny dobrze działają na moje włosy, to może te z Be Beauty dobrze zadziałają na moje ciało ;) Używam cały czas sybreyjskiego mydła w roli żelu pod prysznic, a że u mamy w domu mam wannę, to pomyślałam, że może ta sól jakoś wspomoże działanie mojego ukochanego ziołowego mydła. Niby używam cały czas tego mydła Agafii i balsamu do cery bardzo suchej Joanny i na większość skóry ciała to działa, jednak na skórę ramion i przedramion już nie wystarcza i cały czas borykam się ze swędzeniem i pieczeniem po kąpieli, które można złagodzić jedynie oliwką dla dzieci. Tak, więc szukam cały czas desperacko sposobu, by ulżyć mojej skórze, więc wypróbuję tę sól - w końcu kosztowała tylko 3,75 zł. A przy okazji marzy mi się taka aromatyczna kąpiel, więc się na ten produkt skusiłam. Na wizażu ludzie mają na jego temat strasznie skrajne opinie - np. że może wywoływać uczulenie. Ja skóry alergicznej nie mam, tylko wrażliwą, więc mam nadzieję że żadne działanie uboczne u mnie nie wystąpi.

Regenerujący krem do rąk Be Beauty

Po prostu zwykły krem do rąk, który musiałam zakupić, bo przypomniało mi się, że w nowej pracy nie mam jeszcze kremu do rąk do mojej przyszłej szafki, a u mnie to konieczność, żeby w pracy mieć krem do rąk lub żel nawilżający do rąk. Cudów się po tym kremie nie spodziewam, chociaż zobaczymy, bo jest to wersja której nie ma w stałej sprzedaży i głównie to mnie zachęciło. 125 ml, koszt 3,25 zł.

Owocowa pomadka ochronna Bell, zapach Cherry
Kolejny balsam do ust - już trochę ich mam :P Ale ostatnio moje usta (pojęcia nie mam czemu) są cały czas mega suche i większość balsamów, które posiadam już nie dają rady. Nawet przestawiłam się ze szminek na błyszczyki, żeby tak nie katować tych ust. Niby jest trochę lepiej, ale szału ni ma. No ale skoro balsam Bell kosztował 2,49 zł i do tego producent obiecuje owocowy zapach, to jakoś tak wylądował w koszyku.

Opis producenta: Usta wymagają szczególnej opieki przez cały rok. Tę misję specjalną doskonale wypełnia pomadka-balsam Frutti Lip Balm - kosmetyk o nowoczesnej żelowo-woskowej strukturze. Zawiera lanolinę, a także witaminy: C i E. Tworzy na ustach elastyczną warstwę, stanowiącą długotrwały "parasol" ochronny przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi, takimi jak: słońce, wiatr i mróz. Pomadka kusi jednocześnie przyjemnie słodkim aromatem i kolorowymi opakowaniami. Zawiera filtr UVB!

Jeszcze nie miałam tej pomadki na ustach, ale już ją wąchałam - zapach faktycznie jest owocowy, ale aż tak jednoznacznie nie kojarzy mi się z wiśnią, jest taki sztucznie owocowy, jak to w produktach chemicznych. Zobaczymy jak będzie się sprawował w praktyce.

Bell, lakiery do paznokci Air Flow


Są to lakiery do paznokciu przepuszczające powietrze. Producent obiecuje również przedłużoną trwałość, dzięki wzmocnionej odporności na ścieranie i "odpychaniu" cząsteczek wody. Lakier ma także dawać odpowiednie krycie i intensywność koloru już po nałożeniu jednej warstwy. Przyznam szczerze, że nidg ynie używałam kosmetyków tej marki - jakoś trudno mi się na nią natknąć w miejscach, gdzie robię zakupy. Dopiero z Waszych blogów dowiedziałam się w ogóle, że produkty Bell, zwłaszcza lakiery, są naprawdę godne uwagi. Trafiły się w Biedronce (którą mam bardzo blisko domu mamy) po okazyjnej cenie (5,99 zł za 10 ml lakieru - jak dla mnie szał), więc postanowiłam wypróbować. Wzięłam miętuska, bo od dawna miałam ochotę na taki lakier w swojej kolekcji, no i wisienkę, która ma być następcą lakieru w takim samym kolorze, który zdenkowałam jakiś czas temu.

Teraz kolej na zakupy poczynione w Naturze:

Pigment Kobo, 406 Lavender

Jest to już czwarty pigment Kobo w mojej kolekcji. Do zakupu podkusiły mnie swatche tego koloru na innych blogach, bardzo lubię takie kolory, więc w końcu musiałam go zakupić, zwłaszcza że w mojej Naturze zostały już tylko dwie sztuki. Więcej pigmentów Kobo na razie nie kupię - mam te kolory, na których naprawdę mi zależało, no i z racji krótkich terminów ważności bez sensu będzie dokupować kolejne. Są to zresztą pierwsze pigmenty w mojej karierze, więc muszę się w ogóle oswoić z obsługą tego typu produktów. Oczywiście koszt 6,99 zł, bo jest to pigment matowy.

Błyszczyk Kobo Pearl 'N' Mineral, odcień 115 Forest Fruits


Jak już pisałam, mam ostatnio spore problemy z suchymi ustami i musiałam przestawić się na łyszczyki, a do tej pory miałam tylko dwa zwykłe. Dojrzałam na stronie Natury, że mineralne błyszczyki Kobo są wyprzedawane po 6,99 zł za 10 ml. Potem poszperałam na KWC i znalazłam opinię, że mają fajny skład, całkiem nieźle nawilżają i są trwałe, dają delikatne krycie. Postanowiłam wypróbować i tak w moim koszyku wylądował odcień 115 Forest Fruits - w jasnych różach i kolorach nude nie wyglądam zbyt dobrze, bo jestem bladziochem, czerwień też mi nie pasowała, bo chciałam coś do codziennego użytku. No i padło w końcu na ten kolor - nie jest zbyt kryjący, ale spodobał mi się, bo na ustach daje efekt kolorystyczny jakby się je wysmarowało jakimś musem z truskawek czy poziomek. Tak więc, mimo że nie lubię błyszczyków, taką perełkę, choćby ze względu na ciekawy kolor, muszę w swojej kolekcji mieć. na zdjęciu pokazałam błyszczyk razem z moim ulubionym lusterkiem do torebki, które dostałam kiedyś od chłopaka - myślę że świetnie razem wyglądają i właśnie taki duet będę teraz nosić w torebce ;)

Na koniec chciałabym Wam jeszcze polecić dwa wpisy innych dziewczyn, gdyż nie chcę pisać o tym samym, a uznałam, że są to rzeczy, o których warto wiedzieć.

1. Jak zrobić kolorowy tusz do rzęs za pomocą pigmentów
Pomysł bardzo mi się spodobał i pomyślałam, że wielu z Was może przypaść do gustu :)

2. Jak zmniejszyć rozdzielczość zdjęć zamieszczonych już na blogu
Myślę, że ten temat przyda się każdej blogerce, gdyż warto wiedzieć, że mamy ograniczony limit transferu zdjęć, które możemy za darmo wrzucać na naszego bloga.  Rodzynka napisała o tym jak sprytnie to ominąć: http://raisin1989.blogspot.com/2012/08/notka-uzytkowa-jak-zmniejszyc.html

Zapraszam Was zatem do lektury na blogach dziewczyn. Mam nadzieję, że mój haul przypadł Wam do gustu, choć pewnie jakiegoś szału z nim nie robię, bo większość z Was również korzysta z aktualnych promocji w Naturze i Biedronce ;) Chętnie poczytam o Waszych zdobyczach, a także o kosmetykach Be Beauty, jeżeli miałyście z nimi już styczność. Zapraszam do dyskusji w komentarzach :)

piątek, 3 sierpnia 2012

Moje buble marki Essence

Hej!

Dzisiaj przedstawię Wam produkty marki Essence, które mnie zawiodły. Jak już pisałam, zapewne niejednokrotnie, ja tę markę bardzo lubię - mają naprawdę fajna produkty w niskich cenach. Produktów tej marki kupiłam w ciągu całej swojej przygody z tą marką naprawdę dużo i z większości z nich jestem zadowolona. Ale jak każdy producent, Essence też wypuścił kilka niewypałów.

Na szczęście mnie zdarzyło się zakupić tylko dwa kosmetyki marki Essence, które bardzo mnie zawiodły. Poza nimi przedstawię Wam jeszcze jeden rodzaj produktu, do którego mam spore zastrzeżenia, ale mimo wszystko czasem ich używam.

Kredka Essence Long Lasting, 10 Almost Famous
Zacznę od największego niewypału. Jest nim kredka do oczu Long Lasting Eye Pencil w odcieniu 10 Almost Famous, która w chwili gdy ją kupowałam (to jest jakieś 1,5 roku temu), miała bardzo wysokie noty na KWC. I tym się głownie kierowałam szukając cielistej kredki na linię wodną.

Nie wiem czy ta kredka jest jeszcze dostępna w Naturach czy już ją wycofano (Essence co jakiś czas wymienia niemal cały asortynent). Niemniej radzę się zastanowić, zanim zdecydujecie się na jej zakup. Nie chcę oczywiście robić marce Essence antyreklamy - to co piszę w tym poście, to tylko i wyłącznie moja opinia o podanych produktach, wyciągnięta na podstawie wyłącznie moich doświadczeń - to co nie sprawdza się u mnie może się przecież sprawdzić u kogoś innego.

Kredka na szczęście nie była droga - za 0,28 g zapłaciłam ok. 8 zł. Gramatura kosmetyku jest jak widać malutka. Termin ważności 36 miesięcy, więc długo. Jest ona wysuwana, co już jest jej pierwszym minusem, ale to akurat nie wina producenta - po prostu po przygodzie z tą i dwoma innymi kredkami przekonałam się, że nie lubię kredek wysuwanych - wolę tradycyjną kredkę, którą zaostrzę temperówką, by móc osiągnąć pożądaną grubość kreski. W przypadku kredek wysuwanych plusem jest wygoda - nie musimy ich temperować i czyścić temperówki z resztek wiórów i rysika. Także jak kto woli - ja preferuję tradycyjne.

Co do minusów tej konkretnej kredki:
 - kiepska pigmentacja - mogę jeździć i jeździć nią po linii wodnej i daje jedynie lekkie perłowo-drobinkowe rozświetlenie, koloru niestety praktycznie nie nadaje
 - kredka jest bardzo łamliwa (dlatego mimo niezbyt częstego użytkowania w ciągu 1,5 roku mi się skończyła - ostatni kawałek ułamał się 2 dni temu i to co z tej kredki zostało widać na zdjęciu powyżej)
 - mała ilość kosmetyku (chociaż w tym przypadku to może jednak jest plus, bo nie musiałam się z nią długo męczyć)
 - kiepska trwałość - marny efekt kredki widać maksymalnie godzinę.

Plusy:
 - niska cena
 - fajne opakowanie (wygodne i praktyczne)
 - ciekawy kolor (rozświetlająca).

Ocena: 1/5


Róż Essence Multi Colour Blush, odcień 20 Fashonista
 Opakowanie po tym różu wyrzuciłam kilka miesięcy temu, a nie chcę być oskarżania o kradzież cudzej własności, więc niestety jestem zmuszona odesłać Was do wyszukiwarki google.
Róż ten wszedł na rynek jakieś 2 lata temu. Obecnie nie ma go już w sprzedaży. Za 5 g na wyprzedaży dałam 8,99 zł. Jest to róż mozaikowy. Ja miałam ten w mocno różowej gamie kolorystycznej. Pigmentacja była średnia, miał drobinki i pasek rozświetlający oraz pasek bronzera - czy to komuś odpowiada czy nie to już kwestia gustu, potrzeb i oczekiwań, więc tego nie krytykuję. W moim przypadku ten wybór okazał się nietrafiony - mam twarz ze skłonnością niedoskonałości, więc powinnam stosować do konturowania produkty typowo matowe (ale to już mój błąd). Również odcień okazał się dla mnie trochę zbyt różowy. Te cechy jednak nie zadecydowały o tym, że zaliczyłam go do bubli, gdyż ja nawaliłam kiepsko dobierając produkt do swoich potrzeb.

O co więc chodzi? Gdy używałam tego różu cały czas miałam na policzkach pełno drobnych krostek, które długo potem leczyłam. Najpierw myślałam, że puder mnie zapchał, bo kupowałam go w tym samym czasie co róż. Jednak krostki były tylko na polikach, więc po jakimś czasie byłam już pewna, że to wina różu. Nie wyglądało to na alergię, więc wygląda na to że po prostu mnie niemiłosiernie zapchał (i z tego co wyczytałam potem w necie, wiem że nie tylko mnie). Do innych minusów możemy zaliczyć słabą wydajność - zawsze mam problem w wykończeniem róży prasowanych, a ten zniknął po kilku miesiącach. Do tego pod koniec strasznie się kruszył. W końcu spadł z toaletki i jego resztki wylądowały w koszu. Zakupiłam wtedy mój ukochany róż z Revlonu, zaczęłam używać bardziej naturalnych kosmetyków do mycia twarzy i po jakimś czasie wysyp z polików zniknął. Zatem niestety winowajcą pogorszenia stanu mojej cery był ten róż :(

Efekt: Do dziś  mam uraz do róży Essence po mojej przygodzie z tym różem mozaikowym. Był to mój jedyny jak do tej pory róż z Essence, ale po poprzednich problemach mam spore opory, żeby zakupić kolejny. A szkoda, bo wiem że na jesień szykują się fajne limitowanki :(

Ocena: 2/5

Teraz pora na wzmiankę o kategorii produktu, do którego mam pewne spore zastrzeżenie. A są to...

Lakiery do paznokci Essence
Na zdjęciu zamieszczone są tylko przykładowe dwa lakiery - akurat te
mam aktualnie w kosmetyczce
W życiu bym nie pomyślała, gdy je kupowałam, że wspomnę o nich w bublach. nie jest to bubel totalny - zależy jeszcze od serii. niektóre mają trwałość na paznokciu przeciętną, inne poniżej przeciętnej. Do  tych lakierów przyciągnęły mnie przede wszystkim piękne kolory, często nietypowe i za to je uwielbiam. A za co je nienawidzę? Za to, że już po kilku miesiącach gęstnieją i to tak perfidnie - za pędzelkiem ciągną się aż gumiaste nitki lakieru, gdy próbujemy go nałożyć na paznokieć. To samo stało się z bezbarwną odżywką utwardzającą z Essence. I tak pewnie jeszcze będę je kupować, jak jakiś piękny kolor wpadnie mi w oko, zwłaszcza że mają przystępną cenę. Ale na pewno nie opłaca się nam zakupować zbyt dużą ilość na raz, bo mnóstwo produktu nam się zmarnuje - kupujcie albo 1-2 pojedyncze duże, albo kilka malutkich (takich po 5 ml), o i tak za kilka miesięcy zgęstnieją na maxa i trzeba będzie kupić kolejne. A jeśli Wam to nie odpowiada, to zainwestuje w lakiery innych firm - w końcu mamy na rynku ogromny wybór.

Tak wygląda wykaz moich bubli z marki Essence. Nie ma ich na szczęście dużo i mam nadzieję, że ta lista się już nie powiększy, bo naprawdę sporo produktów tej marki trafia w mój gust. No i jeszcze raz powtarzam, że są tu przedstawione wyłącznie moje subiektywne odczucia.

Ciekawa jestem czy Wy miałyście wymienione przeze mnie produkty i czy byłyście z nich zadowolone. A może macie jakieś inne, Waszym zdaniem niewypały z marki Essence? Chętnie poznam Wasze zdanie w komentarzach :)

czwartek, 2 sierpnia 2012

Makijaż # 12: Lekki letni makijaż z morską kreską

Hej!
Dzisiaj mam dla Was makijaż - świeżutki, dopiero co zmalowany ^^ Pomyślałam, że dawno nie było makijażu, więc trzeba to nadrobić. Ostatnio nie mogłam zbytnio szaleć z makijażami oczu (w zasadzie to nadal powinnam się ograniczać), bo leczę kanalik łzowy (nie jest to nic poważnego, ale jak się długo z tym zwleka, to dyskomfort narasta, więc stwierdziłam, że 2 tygodnie wolnego, to dobry moment, by znaleźć czas na regularne kropienie oka). Ale już koniec rozpisywania się o zdrowiu moich oczu, bo jakbyście się dowiedziały jaką krzywdę robię im niektórymi szaleństwami makijażowymi, to złapałybyście się za głowę - już nie raz osypanie jakiegoś kosmetyku kończyło się opuchlizną itp. Na szczęście (albo i nieszczęście) moja problemy z kanalikiem łzowym nie wynikają z zabawy z makijażem - jest to wada anatomiczna, którą mam od wczesnego dzieciństwa i co jakiś czas problemy powracają i muszę się bawić w zakrapianie oka.

A teraz przejdźmy do makijażu, bo to jego dotyczy post. Postanowiłam wykorzystać kilka nowości, byście zobaczyły je w akcji :)








Użyte cienie:


Pozostałe użyte kosmetyki:
  • podkład Annabelle Minerals ryjący, odcień Light Beige
  • korektor Rimmel Hide The Blemish, odcień 01
  • baza pod cienie Kobo
  • biała kredka Sensique (jako baza pod biały cień)
  • cielista strona kredki Essence Ready For Boarding (na linii wodnej)
  • szaro-brudny cień z paletki Paraguaya jako cień do brwi (jak zwykle zresztą)
  • tusz Essence Multiaction False Lashes
  • tusz Avon Supershock Max (na dolnych rzęsach)
  • błyszczyk Essence Stay With Me, odcień 05 I like cotton candy
  • róż Revlon Matte, odcień 002 Blushing Berry.
Jak już napisałam, makijaż zrobiłam, żeby wypróbować moje nowe nabytki. Przede wszystkim byłam ciekawa jak matowy pigment Kobo w odcieniu morskiej zieleni będzie wyglądał jako kreska na oku. Chciałam, żeby był to dominujący element makijażu, przyciągający wzrok innych osób. Pigment nakładałam na mokro pędzelkiem skośnym Catrice (tym dwustronnym do smoky). Na razie nie posiadam żadnej płynnej bazy typu Duraline, więc zwilżyłam pędzelek wodą (próbowałam wcześniej jeszcze z tonikiem, ale zwykła kranówka spisała się lepiej). Mimo nakładania pigmentu na mokro nie uniknęłam osypywania, więc trzeba było potem czyścić policzki z zielonego proszku :P Ale jest to chyba moja pierwsza krecha w życiu, z której jestem w miarę zadowolona, więc myślę że mimo minusów związanych z aplikację ten pigment jest wart grzechu, bo na mokro naprawdę bardzo łatwo zrobić nim piękną kreskę (jeśli mamy w miarę dobry skośny pędzelek do eyelinera oczywiście).

Wbrew moim wcześniejszym obawom, myślę że ciekawie wygląda w zestawieniu z moją szaro-zieloną tęczówką oka. Pozostała część makijażu oka jest bardzo delikatna i neutralna - tak żeby kreska stanowiła główny akcent. Jest to fajna lekka propozycja na lato, pasująca do większości typów urody.

Kredka z Essence również spisała się całkiem nieźle - przynajmniej widać ją na linii wodnej i to dłużej niż godzinę, niemniej nie jest to jeszcze ideał, więc będę szukać dalej. Przede wszystkim chcę większej pigmentacji, choć, jak napisałam, w tym przypadku jest już całkiem nieźle - o wiele lepiej niż w przypadku jej poprzedniczki - Essence LongLasting Eye Pencil, odcień 10 Almost Famous, która zawiodła mnie na całej linii. Na szczęście wczoraj wreszcie złamała się na amen, tak że nic z niej nie zostało, więc nie będę się z nią dłużej męczyć. Zostawiłam ją tylko do obfotografowania do recenzji, bo szykuję dla Was post z moimi niewypałami z firmy Essence, którą bardzo lubię, ale na kilka bubli jednak udało mi się natrafić (wiadomo - każda marka ma jakieś niewypały).

Możecie zobaczyć w akcji również tusz Essence Multiaction False Lashes. Niestety rzęsy w tym makijażu nie są idealne, bo przed nałożeniem makijażu robiłam test tego tuszu solo i potem robiłam makijaż z potuszowanymi już rzęsami, tylko trochę na koniec je poprawiłam. Sztuczne rzęsy to na pewno nie są, ale wg mnie tusz dość dobrze je podkreśla, choć wymaga on niekiedy rozczesywania rzęs osobnym grzebyczkiem czy spiralką, bo może je trochę zlepiać. No i nie nadaje się zbytnio na dolne rzęsy - tu pozostanę wierna tuszowi Avon Supershock Max.

Resztę twarzy również pomalowałam dość delikatnymi kolorami, gdyż chciałam żeby wyglądała naturalnie i dziewczęco.

Mam nadzieję, że moja propozycja przypadnie komuś do gustu i że test nowych kosmetyków w akcji Wam się spodobał :)

środa, 1 sierpnia 2012

Haul zakupowy przełomu lipca i sierpnia

Hej!

Dzisiaj przychodzę do Was z haulem zakupowym końcówki lipca i pierwszego dnia sierpnia. Popłynęłam na promocjach w Naturze i prawie wszystkie produkty zakupiłam właśnie tam.

Zakupy w końcówki lipca



No to po kolei...

1. Szampon nawilżająco-regenerujący z Joanny Z Apteczki Babuni:

Kupiłam go w Auchan za 6,49 zł, przy okazji kupowania t-shirtów do pracy ;) Popełniłam błąd kardynalny i po przyjeździe do mojego rodzinnego miasta używałam szamponu mojej siostry. Efekt? Łupież :/ Nie miałam go już tak dawno, mimo stosowania przeróżnych, tańszych i droższych szamponów, no ale jak widać, w końcu pech musiał nadejść. Postanowiłam postawić na szamponowy odpowiednik balsamu nawilżająco-regenerującego Z Apteczki Babuni. Skoro balsam działa na mnie korzystnie, to może szampon też będzie i może nawet podbije efekt balsamu. Zobaczymy ;)

2. Balsam regenerujący do skóry bardzo suchej, Joanna Z Apteczki Babuni,  z ekstraktem z bzu i słodkich migdałów

Potrzebowałam czegoś, co nawilży moją biedną skórę, przeżywającą szok przy każdej większej zmianie klimatu. Niestety po pobycie w Rosji cały czas jest przesuszona, więc samo mydło ziołowe nie wystarczy, by ją nawilżyć. Kupiłam ten balsam na promocji w Naturze za 8,99 zł, myślę że to bardzo okazyjna cena jak za 500 ml balsamu. Balsam ma jak dla mnie odpowiednią konsystencję - nie za rzadki, nie za gęsty, łatwo się rozsmarowuje. Kiedy użyję go po wieczornej kąpieli, moja skóra do rana pachnie intensywnie bzem. Zapachu migdałów niestety nie wyczuwam. Na razie z zakupu i tak jestem zadowolona.

3. Odżywki do brwi i rzęs My Secret:
Pierwsza to przezroczysta Conditioning Mascara. Producent twierdzi, że nadaje się jako baza pod tusz do rzęs. Ja na wizażu wyczytałam, że w tej roli lepiej spisuje się niebieska wersja odżywki, więc przezroczysta została moim żelem do modelowania i utrwalania brwi, w czym radzi sobie całkiem nieźle. Niebieska odżywka to Lash & Brow Repair i wbrew moim obawom jest świetną bazą pod tusz do rzęs, nieco pogrubia rzęsy. Czy ma jakieś szczególne działania odżywcze, to się jeszcze okaże - na pewno wymaga to dłuższego stosowania. Odżywki mają ważność 8 miesięcy od otwarcia. Kosztowały 4,49 zł każda na promocji w Naturze (normalnie kosztują ok. 8-9 zł). Pojemność 10 ml. Stwierdziłam, że za te pieniądze mogę zaryzykować, zwłaszcza że niebieska ma wysokie oceny na KWC.

4. Odżywka utwardzająca My Secret:
Kolejna promocyjna zdobycz w Naturze - kosztowała 3,75 zł, a w sumie u mnie odżywek do pazurów nigdy za wiele, więc wzięłam na wypróbowanie. W opakowaniu ma śliczny waniliowy kolor, na paznokciach wychodzi przezroczysta. Mam wrażenie, że trochę przedłuża trwałość lakieru na paznokciu. Kupiłam ją głownie z myślą o zniwelowaniu rozdwajania - za jakiś czas dam znać czy spełniła to zadanie. Pojemność 10 ml.

5. Biała kredka do oczu Sensique:
Akurat tu zapomniałam zrobić fotki. W drogerii wydawała się fajna. Kupiłam ją z myślą o stosowaniu na linię wodną oczywiście. Niestety w tej funkcji u mnie się nie sprawdziła - męczę się i męczę, a pigmentacja jest kiepska, źle się rozprowadza. Jeżeli nawet uzyskam w miarę sensowną pigmentację, to tylko na etapie, na którym przejechałam nią po linii wodnej już naprawdę wiele razy i w efekcie mam białe grudki na dolnej linii rzęs, a takiego efektu nie lubimy :/ Jedyny plus to, że nie jest zbyt twarda. Ma drobne drobinki. Za cenę 3,75 zł z promocji nie ma w sumie co żałować - pewnie przyda mi się w roli razy pod białe cienie, albo ewentualnie do rozświetlania łuku brwiowego. Coś tam dla niej wymyślę, bo nie lubię jak produkt się marnuje.

6. Błyszczyk Essence Stay With Me, odcień 05 I LIKE COTTON CANDY:

Wczoraj już pisałam, że nie przepadam za błyszczykami, ale latem jednak się przydają, więc coś tam w kosmetyce posiadam, ale szkoda mi na nich wielkich pieniędzy, skoro używam je tylko 3 miesiące w roku. I tak na regale z wyprzedażami końcówek serii w Naturze dorwałam się do tego błyszczyka, który kosztował mnie 5,29 zł. Nie ma smaku. Pachnie jak guma balonowa. Zjada się w ciągu 2-3 godzin. Kolor możemy stopniować - gdy chcemy pełnego krycia, uzyskamy na ustach kolor fuksjowy, w przypadku mniejszego krycia będzie to ciemny chłodny róż i ja w takiej wersji najczęściej do noszę (pasuje do mojej urody i koloru oczu).

Aktualnie jadą jeszcze do mnie paletka Sleeka Oh So Special (prezent od mamy) i bronzer Cool z ELFa - na pewno za jakiś czas pojawi się o nich jakaś notka.

Tym samym zatem nie wypalił u mnie miesiąc za 50 zł, bo już wcześniej zrobiłam w lipcu zakupy za ok. 40 zł. Doszłam do wniosku, że taki kosmetyczny post w pierwszym miesiącu pobytu w Polsce, to jednak nie był najlepszy pomysł, gdyż w Rosji miałam ograniczony lub niemożliwy dostęp do moich ulubionych marek. Ale jestem dumna z siebie, że przynajmniej nie kupiłam w lipcu żadnych pędzli ;) Spróbuję natomiast przeżyć za 50 zł w sierpniu - trzymajcie za mnie kciuki. Poczyniłam dziś co prawda zakupy za prawie 40 zł, ale są to już wszystkie rzeczy, które w sierpniu będą mi potrzebne, chyba że nagle coś się skończy, ale w to wątpię.


Dzisiejsze zakupy z Natury:



1. Płyn do demakijażu dwufazowy Ziaja:

Kupiłam, bo wreszcie zdenkowałam nieszczęsny, jak dla mnie, płyn dwufazowy z Nivei, kupowany jeszcze w Rosji. Z radością wracam do starej dobrej Ziaji za 5,99 zł, choć czytałam na Waszych blogach ostatnio o płynie Avocado z Bielendy - może następnym razem go przetestuję ;)

2. Dwustronna kredka 2 w 1 Essence "Ready For Boarging", niebiesko-beżowa:


Kupiłam głownie z myślą o beżowej stronie kredki, z racji niewypału z kredką My Secret. 1,2 g, koszt 6,99 zł. Wcześniej miałam wątpliwości co do sensu kupna tej kredki, skoro nie mam wielkiej potrzeby używania niebieskiej kredki. Ale jej kolor, jak widać na swatchu, jest przepiękny, więc do jakiś szaleństw makijażowych w pewnością się przyda. Do tego kredka jest ważna 36 miesięcy od otwarcia, więc pewnie jakoś zużyję większość jej niebieskiej strony przez te 3 lata. Niestety zauważyłam, że niebieska strona jest na tyle miękka, że aż się zgina. Może wynika to z tego, że mamy teraz upały, sama nie wiem. Seria "Ready For Boarding" jest limitowanką, więc jeśli jakieś produkty z niej Was zainteresowały, radzę udać się do Natury jak najszybciej. Mnie kusił jeszcze róż w kremie w jaśniejszym odcieniu z tej limitowanki, ale kiedy wypróbowałam tester, nie byłam jakoś do końca przekonana, choć róż w kremie to dobry pomysł na lato.

3. Pigmenty z KOBO:

Posiadam kolory:
  • 409 S Emerald - piękna morska ciemna zieleń (jeden z moich ulubionych kolorów), pigment jest matowy, cena w promocji 6,99 zł
  • 507 Gold Dust - perłowy złoty (od dawna szukałam fajnego złotego cienia), cena w promocji 5,99 zł
  • 503 Frosty White - perłowy biały, wydaje się opalizować na jasne srebro, cena w promocji 5,99 zł.
Żal było nie skorzystać z mega promocji w Naturze, gdyż normalnie te pigmenty kosztują prawie 20 zł za sztukę, a dzisiaj w mojej Naturze matowe były za 6,99 zł, a perłowe za 5,99 zł, więc cena naprawdę okazyjna. Do zakupu zachęciły mnie haule z niektórych blogów, no i promocja oczywiście. Przy moim budżecie niespecjalnie mogę sobie pozwolić na kupno pigmentów po 20 zł (chyba że robiłabym to raz na dłuższy czas, bo skąd miałabym brać pieniądze na inne kosmetyki zakupując jednego dnia 3 pigmenty za 60 zł).

Na co należy zwrócić uwagę - ja niestety nie wybadałam dokładnie moich słoiczków w Naturze i po powrocie do domu okazało się, że zielony pigment jest nasypany do pełna, zaś złoty nieco powyżej połowy, białego też trochę brakuje. Producent nie zadbał o żadne folie ochronne. Na opakowaniu nie ma też napisanej gramatury cienia. Za cenę, w której te pigmenty kupiłam nie będę się mocno czepiać, zwłaszcza że jest to kosmetyk wydajny. Natomiast, gdybym miała zapłacić 20 zł za pigment nasypany tylko na 2/3 słoiczka, byłabym mocno zawiedziona. O problemie tym pisała już zresztą Klaudia z bloga Kosmetyczne Remedium.

Kolejna rzecz, którą nie jestem zachwycona - po powrocie do domu okazało się, że złoty i zielony pigment mają ważność do października 2012. Oczywiście wiem, że do okresu podanego przez producenta w praktyce można doliczyć jeszcze połowę, czyli w przypadku tych pigmentów będzie to zapewne 12-18 miesięcy, a ponadto mnie żadne cienie do oczu (nawet przeterminowane) nigdy nie uczuliły. Jednak chcę zwrócić Waszą uwagę, jeśli jeszcze jesteście przed zakupem tych pigmentów, byście zwracały uwagę na pojemność i datę ważności podaną na opakowaniu.

Biały cień wklepałam już sobie syntetycznym pędzelkiem do korektora w powiekę i muszę Wam powiedzieć, że jest śliczny. Za taką cenę naprawdę wart grzechu ;)

4. Tusz Essence Multi Action Falsh Lashes Mascara:


Kupiłam, bo czytałam o niej sporo pozytywnych opinii. Od dawna szukam mocno podkreślającego tuszu do bardziej odjechanych makijaży, zwłaszcza że mój Rimmel zaczyna chyba wysychać, bo nałożeniu go mam na rzęsach mnóstwo grudek. Jest to mój pierwszy tusz tak tani - na półce pisało 10,99 zł, a w kasie wyszło 7,99 zł (dobra moja - nie będę się przecież kłócić, że powinien być droższy :P). Pojemność 8,5 ml, okres ważności 6 miesięcy od otwarcia. Ciekawa jestem jego efektów - postaram się przetestować go dla Was jutro :)


Mam nadzieję, że haul się Wam spodobał i jakoś przez niego przebrnęłyście. Trzymajcie kciuki, żeby nic więcej w sierpniu mnie nie kusiło - chcę zobaczyć czy wytrzymam w postanowieniu niespełniania "zachciewajek" (jak to określa Jamapi), bo naprawdę niczego więcej w mojej kosmetyczce na razie nie potrzeba (dopiero na wrzesień planuję zakup jakiegoś fajnego zielonego eyelinera i jakąś radośnie kolorową paletkę ze Sleeka).

Ciekawa jestem czy Was również skusiły promocje w Naturze ;)