Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włosy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2014

Kondycja moich włosów w lutym 2014

Hej :)

Powracam do Was z włosową aktualizacją, bo dawno takowej nie było, a ja o włosy przecież nie przestałam dbać i ich stan wciąż się zmienia. Właśnie to sprawdziłam i okazało się, że ostatnia notka z aktualizacją pielęgnacji włosów dotyczyła lutego 2013 (znajdziecie ją tutaj), czyli nie pisałam niczego o moich włosach praktycznie przez rok (ups!). Wiem, że wiele z Was lubi włosowe notki, także mam nadzieję, że zainteresuje Was jak zmienił się tan moich włosów przez ostatni rok :)

sobota, 21 grudnia 2013

Drogi Mikołaju...

Może nie  byłam aż tak grzeczna w tym roku, więc pewnie sama będę musiała kupić sobie prezent. Ale zważ na to, że w tym roku mam tylko jedną zachciankę i będę skakać z radości, jeśli znajdę ten przedmiot pod choinką :D A oto wymarzona przeze mnie zabaweczka:

Źródło
Mowa więc o lokówko-prostownicy Babyliss Pro Smooth Coni BAB2225TTE. Od dawna marzyła mi się dobrej jakości lokówka stożkowa o sporej średnicy, żeby taka fryzurowa sierota jak ja, mogła wyczarować cudo na swojej głowie. Ponadto używając jednej części końcówki mogłabym kręcić mocniejsze loczki. Albo używać obu, przeplatając przez nie włosy i robić w ten sposób romantyczne fale. A jak najdzie mnie kaprys, to i wyprostować włosy tym urządzeniem mogę. No chyba, że autorzy TEGO filmiku nie mają racji :P

To nic, że przydałby się nowy portfel czy torebka kopertowa na imprezy. To nic, że marzą mi się sztuczne rzęsy Ardell, paletki szminek Sleek czy paletka Vintage Romance, albo nowe perfumy. Nowe kosmetyki kupuję sobie często i czasem robi się już to nudne. Ja najbardziej chcę wreszcie nauczyć się robić z moimi włosami w krótkim czasie coś sensownego.

Drogi Mikołaju, wesprzyj fryzurowe beztalencie z Torunia, a będziesz cały rok oglądać mnie w pięknych fryzurach i z uśmiechem na twarzy :)

Avenindra

PS: Mikołaju, podpytaj moje czytelniczki czy używały już takich fajnych wynalazków i co o nich myślą :)

piątek, 3 maja 2013

L'Biotica Biovax: Serum wzmacniające A+E

Witajcie kochane :)

Dzisiaj szybciutka recenzja mojego ulubionego kosmetyku do zabezpieczania końcówek włosów, czyli Serum wzmaniającego L'Biotica Biovax z witaminami A i E. Będę je oceniać wyłącznie jako preparat do końcowek, bo nie stosowałam go na całą długość włosów (wiem, że niektóre dziewczyny tak robią). Jeżeli jesteście ciekawe jak wpływa ono na moje włosy, zapraszam do dalszej lektury :)


Opakowanie jest całkiem w porządku. Mieści w sobie 15 ml preparatu, który kosztuje 12,99 zł w SuperPharm. Niestety w moim SuperPharm to serum jest bardzo często wyprzedane, więc dla mnie nie jest to produkt łatwo dostępny - muszę trafić na dzień lub dwa po dostawie, żeby je kupić. Opakowanie ma wygodną pompkę, która dozuje odpowiednią ilość serum. Przeszkadza mi jedynie, że opakowanie nie jest przezroczyste lub półprzezroczyste i nie widać przez nie ile kosmetyku jeszcze nam zostało.

wtorek, 12 marca 2013

Przedwiosenne zakupy :)

Hej :)

Mam na imię Kasia i jestem kosmetyczną zakupoholiczką. Nie kupuję od niedzieli - teraz wygrywam w rozdaniach, haha :D Ale moją ostatnią wygraną będę chwalić się później ;) Dzisiaj o zakupach. O dziwo te drogeryjne są naprawdę niewielkie, jak na mój talent (5 rzeczy, w dodatku tanich). Zakupy internetowe natomiast robią już wrażenie - okazje na Allegro to zło :D Poza tym po powrocie zimy trzeba jakoś poprawić sobie humor, więc teraz siedzę w domu i cieszę oczy moimi nowymi cudeńkami ;)


Zacznijmy od największych perełek, czyli rzeczy zakupionych w MintiShop, które dotarły do mnie dziś w południe. Tutaj, jak widać na zdjęciu powyżej, znalazły się rzeczy, które chciałam mieć od dawna. W zasadzie całym winowajcą tych zakupów jest rozświetlacz Mary-Lou Manizer marki The Balm, który ostatnio robi się trudno dostępny, nawet w internecie. Od paru tygodni byłam pewna, że chcę go kupić - naoglądałam się tylu zdjęć, swatchy, makijaży, recenzji, że nie miałam już żadnych wątpliwości. Gdy tylko pojawił się w MintiShop po krótkiej całkowitej niedostępności w polskich sklepach internetowych, po prostu musiałam go kupić. A jak już robić zakupy w internecie, to nie małe przecież, bo się nie opłaca, zwłaszcza że w tym sklepie jest tyle fajnych rzeczy :D

Przejdźmy zatem do zdobyczy z MintiShop:




Sprawca całego zamieszania, czyli rozświetlacz The Balm Mary-Lou Manizer. Kosztował mnie niecałe 62 zł za 8,5 g. Pierwsze wrażenie robi całkiem niezłe - efektowne opakowanie (i nie mam tu na myśli obrazka na wieczku :P), wspaniała pigmentacja i piękny kolor :)


Jak już kupiłam rozświetlacz, to stwierdziłam że warto kupić wreszcie porządny pędzel do rozświetlacza Początkowo myślałam o Hakuro H22, ale akurat sklep nie miał go na stanie. Można było dostać natomiast w promocyjnej cenie (30 zł) pędzel Real Techniques Setting Brush. Jest to moje pierwsze podejście do pędzli tej marki - zobaczymy jak ten konkretny egzemplarz będzie się sprawować. Jeśli mi się spodoba, nie wykluczam zakupu kolejnych pędzli tej marki, zwłaszcza że w oko wpadł mi jeszcze ten rozkładany kabuki :D Kupiłam też pędzel do oczu e.l.f. smudge brush - do rozcierania kresek i rozprowadzania cienia na dolnej powiece. Planowałam co prawda kupować taki pędzel marki Lancrone, no ale sklep akurat miał na stanie markę e.l.f. Pędzelek jak pędzelek, nie jest raczej szczególnie dobrze wykonany. Wyleciało już nawet z niego kilka włosków, ale może po myciu mu przejdzie. No czego chcieć od pędzla za 7,90 zł? ;) Ale jak będzie się dobrze sprawować i przestanie się kłaczyć, to zamówię jeszcze jedną sztukę.



Kolejne są już zakupy włosowe i tutaj mamy szczotkę Tangle Teezer, model Salon Elite, kolor Posh Purple, czyli fioletowy. Długo zastanawiałam się czy wybrać właśnie tą klasyczną wersję w moim ukochanym fiolecie czy może jednak zdecydować się na Aqua Splash, zwłaszcza że mam spore problemy z rozczesywaniem na mokro. W końcu kupiłam klasyk, bo wydaje mi się, że powinien być bardziej uniwersalny. Używałam już go na sucho i bardzo mi się spodobał. Zobaczymy jak będzie z rozczesywaniem mokrych włosów ;) Szczotka kosztowała mnie 52,90 zł, czyli dużo jak na szczotkę do włosów, ale mam nadzieję, że jest tych pieniędzy warta.


Ostatnim zakupem w MintiShop były suche szampony Batiste, które od dawna chciałam wypróbować, no i podczas tych zakupów nadarzyła się okazja, żeby dorzucić je do paczki (zamawianie przez internet samych suchych szamponów jest nieopłacalne, gdy doliczymy koszty wysyłki, no chyba że ktoś kupuje tego nie wiadomo ile). Na początek zdecydowałam się na opakowanie 200 ml wersji Medium & Brunette, czyli do włosów brązowych (niestety nie ma wersji dla rudzielców :P). Kupiłam jeszcze małe opakowanie (50 ml) wersji Blush o zapachu kwiatowo-owocowym - specjalnie wzięłam małe opakowanie tej wersji zapachowej, żeby sprawdzić czy nadaje się do włosów ciemniejszych niż blond (czytaj: czy nie zostawia jasnych śladów). No i myślę, że ten maluch będzie fajny na wyjazdy, a właśnie szykuje mi się kilka wyjazdów w kwietniu, więc będzie mieć wtedy swoje 5 minut ;) Za opakowanie 200 ml zapłaciłam 16,99 zł, a za 50 ml 7,99 zł.


Teraz omówię Wam króciutko inne zakupy, bo nimi nie jestem tak podjarana, jak tymi z MintiShop, a to z tej racji, że głównie są to rzeczy które gdzieś tam dorwałam w okazyjnej cenie i po prostu mogą się przydać. Nie są to natomiast rzeczy, które kusiły mnie nie wiadomo ile czasu, jak te przedstawione powyżej.


Powyższy zestawik wylicytowałam na Allegro za 40 zł. Była w nim jeszcze jakaś szminka Avon, ale poszła już w świat, bo mi nie odpowiadała. Mamy tutaj mineralny podkład kryjący Annabelle Minerals w kolorze Natural Light, niemal nieużywany. Zatem za sam podkład zamawiając ze strony producenta zapłaciłabym więcej, a tutaj jest jeszcze tyle innych fantów: cienie Essence Quatro w kolorze 03 vamp it up (praktycznie nieruszane), podwójne cienie Essence w kolorze 06 perfect match (miałyście okazję je widzieć w notce o ratowaniu pokruszonych cieni, bo właśnie ta ciemniejsza zieleń grała tam rolę główną), cień My Secret "Magic Dust" nr 202 (chłodne, jasne złoto z drobinkami), wyjęta z paletki miniatura bronzera Hoola Benefit (raczej oryginał - pasuje do wszelkich opisów w recenzji pod względem koloru, pigmentacji, wykończenia), korektor rozświetlający w gąbeczce marki Lancaster i pędzel języczkowy do podkładu Yves Rocher (którego ja używam oczywiście do nakładania maseczek i peelingu enzymatycznego, bo nie lubię tego robić palcami). Myślę, że 40 zł + wysyłka, to naprawdę niezła cena za taki zestaw, który kupowałam w sumie dla podkładu, a wyszło tyle gratisów ;)


Sprawcą kolejnej zbrodni zakupowej jest kremowa pomadka Manhattan Soft Mat, kolor 45 H, czyli piękna czerwień, niby intensywna, a jednak lekko stonowana i przygaszona. Uwielbiam ten kolor! Wylicytowałam go u sprzedawcy, który zajmuje się sprzedażą kosmetyków powystawowych, które są nieużywane, ale nie mają folii ochronnych i stąd tak niska cena. Szminkę kupiłam za 4 zł, a że płaciłam 10 zł za wysyłkę, niezależnie od liczby zakupionych przedmiotów, to trzeba było kupić coś jeszcze, żeby się opłacało. Dokupiłam więc: niebieski eyeliner w kałamarzu marki Manhattan (ok. 4 zł), konturówkę do ust Maybelline Hydra Extreme w kolorze czerwonym (57 Red) (akurat czegoś takiego mi w moim zbiorku brakowało, bo do tej pory miałam tylko bardzo ciemną czerwień), lakier do paznokci Rimmel French Manicure, 439 Rose Corset (nudziaków nigdy za wiele, zwłaszcza że ja mam ich naprawdę niewiele) i lakier do paznokci Delia Las Vegas nr 507 (czarny z wielkim, chamskim, kolorowym brokatem - nie wiem co mnie podkusiło, żeby go kupić, chyba byłam wtedy przed okresem :P). Za wszystkie rzeczy zapłaciłam 30 zł, wliczając w to wysyłkę, więc myślę, że warto.


Na zdjęciu powyżej mamy natomiast zakupy drogeryjne. Są tu 4 lakiery do paznokci Wibo z limitowanej edycji Nail Obsession, tworzonej przez blogerki (o czym pewnie wszyscy wiedzą). Trochę już o nich pisałam i nawet prezentowałam Wam kolory trzech z nich. Podsumuję krótko, że posiadam: 3 Zielona Fantazja (dość intensywna, groszkowa zieleń), 6 Roziskrzone Niebo (średni, dość ciepły fiolet, odbijający światło na niebiesko), 7 Blue Lake (jasny, intensywny niebieski, wręcz taki jasny turkus) i 8 Mint Sorbet (rozbielona, dość ciepła zieleń, z widocznymi w świetle dziennym subtelnymi niebieskimi drobinkami). Każdy z lakierów kosztował 5,99 zł za 8,5 ml. Myślę, że jest to fajne wiosenne odświeżenie dla mojego małego zbiorku lakierowego. 

Będąc w Hebe kupiłam korektor w płynie Maybelline Affinitone w kolorze 01 Nude Beige (czyli najjaśniejszym). Kosztował 17,99 zł, więc naprawdę się opłacało, a mnie akurat parę dni wcześniej skończył się Rimmel Hide The Blemish (pokazywałam w denku lutowym), który był moim korektorem torebkowym (znaczy uniwersalnym) i potrzebowałam następcy. Wiele z Was pisało w recenzjach, że jest bardzo przyjemny, a przy tym uniwersalny, no to postanowiłam spróbować.

To już koniec moich grzechów zakupowych. Czuję się zakupowo spełniona, chwilowo :P A tak serio to faktycznie muszę przystopować i ograniczyć się tylko do rzeczy niezbędnych, bo niedługo mam kolejny egzamin za prawo jazdy i nie wiem czy zdam :P Muszę dokupić kolejne godziny w szkole jazdy. No i szykuje mi się trochę wyjazdów w ciągu najbliższego miesiąca, a to też są koszta. Jutro skoczę tylko do Hebe polować na obniżkę 40% na markę Maybelline, bo skończył mi się eyeliner żelowy i to czarny, a bez niego życie jest ciężkie :P Trzymajcie kciuki, żeby nie podkusiło mnie na większe zakupy ;)

Też macie tak czasem, że ulegacie okazyjnym cenom i zakup jednej rzeczy pociąga za sobą lawinę zakupową? ;)


sobota, 9 marca 2013

Pielęgnacja włosów w lutym

Hej :)

Tym razem trochę o pielęgnacji moich włosów. Jakoś nie mogłam długo zabrać się za tę notkę, mimo że luty dawno się skończył. Myślałam, że nie będę miała za bardzo o czym pisać, no ale tak w zasadzie w lutym trochę w życiu moich włosów się działo ;) Zdradzę Wam tylko, że mimo że w poprzednim miesiącu nie miałam za bardzo czasu dbać o włosy (przez choróbska i ciągłe wyjazdy), wyglądają one znacznie lepiej niż na zdjęciach z początku lutego, co jest dla mnie ogromnym szokiem, ale i powodem do radości :) Jeżeli jesteście ciekawe szczegółów, zapraszam do czytania.

Zacznę może od tego, że około 7 lutego poszłam do mojej ulubionej fryzjerki, która skróciła mi włosy o jakieś o 7cm. Denerwowały mnie suche, sianowate, porozdwajane końcówki, trudne do rozczesywania, więc postanowiłam się z nimi nie pieścić i po prostu je ściąć - wolę mieć włosy krótsze, ale zdrowe i zadbane. Wizyta u fryzjera była oczywiście strzałem w dziesiątkę, bo pozbyłam się oczywiście zniszczonych końcówek i o tę długość włosów, która mi pozostała, łatwiej mi dbać (a przede wszystkim łatwiej rozczesywać i układać). Zużywam mniejszą ilość kosmetyków pielęgnacyjnych, bo włosy są krótsze, więc i mój portfel bardzo się cieszy. Dobrze się czuję w tej długości włosów. Co prawda trudniej je związywać w kitkę (aktualnie już tylko najkrótsze włosy z przodu nie dają się związać), ale dzięki temu częściej noszę włosy rozpuszczone, dzięki czemu włosy mniej się niszczą. Kitka czy koczek jednak bardziej osłabia włosy w miejscu wiązania oraz cebulki włosowe. A tak podpinam tylko grzywkę (i to nie wsuwką, tylko spinką), żeby mi nie przeszkadzała, albo zakładam opaskę i fryzura gotowa :)

Przy okazji pokażę Wam jakie akcesoria do włosów zakupiłam w różnych miejscach:



W sklepie indyjskim kupiłam za grosze elastyczne opaski do włosów, które nie mają metalowych elementów. Przydają się głównie w domu, ale czasami robię przy ich pomocy jakąś fryzurę na wyjście. Sprawdzają się nawet jako gumki do koków.


Kupiłam też takie duże, czarne spinki do podpinania mojej niesfornej grzywki (ale mi się zrymowało :P). Dobrze się sprawdzają przy moich gęstych włosach.


U mojej konsultantki Avon zamówiłam dwustronny grzebień z mocnym szpikulcem z tworzywa sztucznego. Było to związane z tym, że mojemu staremu grzebieniowi z powyłamywanymi ząbkami i wypadającym już metalowym szpikulcem, należała się już emerytura ;)


W SuperPharm za 6,99 zł kupiłam 2 opakowania Skrzyp Optimal - uznałam, że skoro mam problemu ze skórą, włosami i paznokciami, mój organizm potrzebuje suplementacji. Tabletki już mam, tylko problem polega na tym, że nie zawsze pamiętam o ich łykaniu :P

Włosy nadal olejuję olejkiem łopianowym z papryką Green Pharmacy oraz olejkiem Alterry z papają i słodkimi migdałami. Od czasu do czasu zamiast Alterry używam olejku kokosowego Alverde, ale wolę chyba bardziej Alterrę - olejek Alverde natomiast świetnie sprawdza mi się do wzmacniania właściwości nawilżających balsamów do ciała :) Niestety ostatnio przez te choróbska i wyjazdy trudno mi się zmobilizować do częstego olejowania i robię to tylko raz w tygodniu :(

Jeśli chodzi o pielęgnację, to zbytnio się ona nie zmieniła. Nadal używam nagminnie szamponu Babydream. Odkryłam nawet, że sprawdza się on u mnie nie tylko do spłukiwania olejów i mycia pędzli do makijażu, ale również jest świetnym szamponem do zwykłego mycia włosów - wbrew moim obawom nie daje efektu sianowatych włosów :) Pozostanę mu wierna na długo. Szkoda tylko, że Rossmann ostatnio podniósł jego cenę z 3,99 zł na 4,99 zł - pewnie przez to, że szampon ten stał się taki popularny. Pozostaje czekać na promocję i zaopatrzyć się wtedy w większą ilość, bo ja zużywam naprawdę ogromne ilości tego szamponu, przez to, że ma u mnie tyle zastosowań ;) 

W związku z tym, że moje włosy szybko przyzwyczajają się do danego szamponu, potrzebuję jeszcze szamponu-zmiennika. Green Pharmacy nie za bardzo się u mnie sprawdził. Ostatnio zaczęłam testować szampon L'Biotica Biovax do włosów suchych i zniszczonych, ale używam go od kilku dni, więc nie będę jeszcze wydawać werdyktu ;)

Nowości w lutowej pielęgnacji włosów


Przynajmniej raz w tygodniu (choć wiem, że powinnam robić to dwa razy w tygodniu) nakładam na włosy maskę - tutaj nadal prym wiedzie Biovax L'Biotica. Do tej pory używałam wersji Latte do odbudowy włosów osłabionych. Jakieś 3 tygodnie temu kupiłam jeszcze wersję do włosów farbowanych, co do której na razie mam mieszane uczucia. Żałuję trochę, że w moim SuperPharm nie ma większego wyboru tych masek i ciężko mi coś dopasować do moich suchych włosów, tak by je nawilżać, a nie ciągle tylko proteinować, bo z tym nie wolno przesadzać (maseczka Latte głównie proteinuje włosy). Trzeba będzie poszukać fajnej maski nawilżającej w ofercie innych producentów.

Jako odżywki bez spłukiwania używałam do niedawna balsamu nawilżająco-regenerującego Joanny z Apteczki Babuni. Obecne opakowanie jednak mi się kończy i do tego mam wrażenie, że włosy przyzwyczaiły się już nieco do tej odżywki, więc chwilowo odstawiłam ją na rzecz dwufazowej odżywki w spray'u L'Biotica Biovax Quick Latte do włosów osłabionych. Używam jej od miesiąca. Odżywka ta świetnie nawilża i sprawia, że moje włosy lepiej się układają - w moim przypadku wzmacnia kręcenie się włosów. Trzeba jednak uważać z ilością, bo odżywka ta może obciążać włosy.

Do połowy lutego do zabezpieczenia końcówek używałam jedwabiu Biosilk. Korzystając z promocji na Biovax w SuperPharm postanowiłam przestawić się na coś zdrowszego i kupiłam serum wzmacniające A+E L'Biotica. Biosilk zostawiłam natomiast na te rzadkie przypadki, gdy poddaję włosy działaniu wysokiej temperatury, bo przy tym sprawdzi się pewnie lepiej niż to serum. Na razie o działaniu serum się nie wypowiem, bo mam je za krótko.

Dobra - pewnie znudziła Was już ta gadka o kosmetykach do pielęgnacji włosów, więc pokażę Wam wreszcie jak obecnie wyglądają moje włosy :)

To stan z 1 lutego:



A to stan z dzisiaj, czyli 9 marca:



Nie wiem jak to się stało, ale mimo że nie miałam czasu na jakąś wybitną pielęgnację włosów przez ostatnie kilka tygodni, ich stan widocznie się poprawił - nie są takie sianowate, mimo że przed zrobieniem wszystkich zdjęć zostały umyte, wysuszone naturalnie i dokładnie rozczesane, a tu taka różnica. Obecnie włosy są bardziej nawilżone, bardziej lśniące, nawet się za bardzo nie elektryzują mimo noszenia czapki. No i jak ładnie zaczęły się kręcić - wreszcie widać ich kształt :) Zauważyłam też, że znacznie łatwiej się je rozczesuje, co zdemotywowało mnie do kupna Tangle Teezera :D Może skuszę się na wesję Aqua Splash, bo czasami mam problemy z rozczesywaniem, gdy włosy są mokre lub gdy nakładam maseczkę.

Jestem zadowolona z efektów mojej już ponad 2-miesięcznej świadomej pielęgnacji włosów i czuję się zmotywowana do jej kontynuacji, bo wiem że może być jeszcze lepiej. Szkoda tylko, że zbliża się czas farbowania i będę musiała biedakom znowu dokopać (ostatnio, o zgrozo, farbowałam włosy przed Sylwestrem, ale dzięki temu, że u nasady jest jaśniejsza farba, odrosty nie rzucają się w oczy :D). Może kiedyś pomyślę o przerzuceniu się na hennę? Zobaczymy. Włosomaniaczką jeszcze nie jestem, więc nie będę pewnie popadać w jakieś paranoje z tym farbowaniem - w końcu nikt nie jest idealny ;)

Co myślicie o moich postępach w pielęgnacji włosów? Może macie jakieś ciekawe produkty do polecenia? I dajcie znać jak aktualnie mają się Wasze włosy :)


piątek, 28 grudnia 2012

Na ratunek włosom

Witajcie :)

W związku z tym, że znowu trochę zaniedbałam pielęgnację swoich włosów i przez ostatnie kilka dni już nie mogłam patrzeć na te szorstkie końcówki, po raz kolejny postanowiłam je ratować. Ale tym razem chcę wytrwać w swoich postanowieniach. Właściwa pielęgnacja włosów na pewno znajdzie się w moich postanowieniach noworocznych, które zamieszczę na blogu 1 stycznia 2013.

A wracając do tematu moich włosów - oto one:



Zdjęcie było robione przy sztucznym świetle z lampą błyskową. Może nie wyglądają jakoś tragicznie, ale uwierzcie mi, że szału też nie ma... Przede wszystkim są suche, zwłaszcza na końcach, matowe i szorstkie. Zniszczonych końcówek już się pozbyłam, bo zaraz po zrobieniu tego zdjęcia poszłam do łazienki pobawić się we fryzjerkę i pozbyłam się niemal wszystkich zniszczonych końcówek (nie martwcie się - mam nożyce fryzjerskie, więc nie zrobiłam moim końcówką kolejnego "kuku"). No ale zaraz po tym musiałam znowu wyrządzić moim włosom krzywdę, bo miałam do pofarbowania trzymiesięczny odrost (użyłam tej farby co zwykle - Wellaton, odcień Wiśniowa czerwień, swoją drogą jest na niego teraz promocja w Rossmannie - 16,99 zł). No ale farbowanie co 2-3 miesiące to moim zdaniem nie tak ciężki grzech, bo kiedyś robiłam to znacznie częściej.

Zrobiłam wczoraj małe zakupy kosmetyczne i w moim koszyku znalazły się też dwie rzeczy do moich włosów. Dzisiaj będę szukać po mieście jeszcze mojej ulubionej maseczki.

Żeby moje działania miały ład i skład muszę określić swój cel:
Nie będzie nim zapuszczanie, gdyż z długości moich włosów jestem zadowolona (najdłuższe końce sięgają do łopatek), gdyż w zbyt długich włosach jest mi niewygodnie i nie wyglądam w nich zbyt korzystnie i tak samo jest ze zbyt krótkimi włosami. Zresztą moje włosy nawet bez specjalnej pielęgnacji dość szybko rosną - nie wiem jak one to robią, ale po prostu tak mają ;) Na gęstości też niespecjalnie mi zależy, bo z natury mam włosy dość gęste. Chcę, żeby moje włosy odzyskały witalność - żeby były miłe i delikatne w dotyku, ładnie się błyszczały, żeby końcówki nie niszczyły się zbyt szybko i żeby włosy łatwo się rozczesywały i lepiej układały. Trzeba zatem zatroszczyć się o ich zdrowie i kondycję, nawet jeśli włosów nie zapuszczam ;)


Wczoraj w pociągu ułożyłam nawet coś w stylu PLANU PIELĘGNACYJNEGO:
  • olejowanie - przynajmniej 1 raz w tygodniu (czyli będę musiała przełamać swoje lenistwo). Na górną część włosów i skórę głowy zamierzam nanosić olejek łopianowy z papryką Green Pharmacy, który nie obciąża moich włosów i ich nie przetłuszcza. Na dolną połowę włosów zamierzam nadal nakładać olejek Alterra migdał i papaja
  • 1 raz w tygodniu chcę również nakładać na włosy po umyciu moją ulubioną maseczkę Gloria, po której włosy są gładsze i łatwiej się rozczesują
  • oleje zamierzam zmywać delikatnym szamponem dla dzieci Babydream, którego używam również do mycia pędzli. Do zwykłego mycia włosów zamierzam używać szamponu Green Pharmacy z nagietkiem
  • po umyciu chcę nakładać na włosy balsam nawilżająco-regenerujący Joanna Z Apteczki Babuni (czyli tak jak do tej pory), którego nie spłukuję i nakładam go przed rozczesywaniem - włosy potem łatwiej się rozczesują
  • poszukam też jakiegoś fajnego olejka lub balsamu do końcówek, którego się nie spłukuje - na razie używam serum z jedwabiem CHI, ale nie ma on zbyt ciekawego składu, więc pewnie rozejrzę się za czymś lepszym. Choć swoją drogą to nie zamierzam jakoś panicznie unikać silikonów, bo one moim puszącym się włosom służą, oczywiście w rozsądnej ilości ;)
  • w połowie stycznia (teraz muszę trochę oszczędzać) zamierzam zamówić Tangle Teezer w celu humanitarnego rozczesywania. A do tego czasu będę po prostu starać się jak najczęściej delikatnie rozczesywać włosy moją szczotką z dodatkiem włosia naturalnego marki Avon. Nie do końca dokładnie rozczesuje ona końcówki, które są pod spodem, więc czasem muszę używać też zwykłej szczotki, ale ten problem wynika pewnie w gęstości moich włosów. Na pewno będę je czesać tak, żeby ich nie szarpać
  • postaram się rzadziej związywać włosy ciasno gumką - to przeplatanie przez ciasną gumkę z pewnością trochę je zniszczyło, a takie uczesania nosiłam przez ostatni miesiąc prawie codziennie
  • podtrzymuję postanowienie o farbowaniu włosów z częstotliwością większą niż co 2-3 miesiące
  • nadal również będę regularnie podcinać końcówki - gdy będę w rodzinnym mieście, postaram się wpadać do mojej fryzjerki, a w Toruniu oczywiście nadal będę podcinać włosy sama za pomocą specjalnych nożyczek
  • zamierzam jak najrzadziej używać suszarki i stylizować włosy "na gorąco", choć do tej pory i tak nie robiłam tego często (no może wyjątkiem jest suszarka).


Aktualizację stanu i pielęgnacji moich włosów zamierzam zamieszczać co miesiąc, ewentualnie co dwa miesiące, jeśli nie będzie nad czym się rozwodzić co miesiąc.

Tak wygląda mój plan pielęgnacyjny. Napiszcie co o nim myślicie i jak Wy dbacie o włosy. Jestem otwarta na wszelkie rady, bo nie jestem specjalistką w dziedzinie pielęgnacji włosów.

Przy okazji polecam Wam do poczytania dzisiejszy wpis Orlicy o profilaktyce raka szyjki macicy - bardzo przydatny i bardzo uświadamiający (statystyki są przerażające). Znajdziecie go tutaj: http://kosmetyki-orlicy.blogspot.com/2012/12/zostan-superbohaterka-zrob-cytologie.html

wtorek, 20 listopada 2012

Wellaton, Pianka trwale koloryzująca, 66/46 Wiśniowa czerwień

Cześć :)

Dzisiaj parę słów o drugiej już używanej przeze mnie farbie piankowej Wellatonu. Tym razem mój padł na wiśniową czerwień.


Poprzednio używałam odcienia Egzotyczna czerwień, którego recenzję możecie przeczytać TUTAJ. Znajdziecie w niej też wywody o tym, co sądzę na temat farb pianowych i dlaczego je lubię, dlatego zainteresowanych odsyłam do tamtego posta, żeby tutaj się nie powtarzać.

Farba jest łatwa w obsłudze - mieszamy zawartość buteleczek w dużej butelce, którą zakręcamy, wstrząsamy tak długo aż wytworzy się gęsta piana i możemy zacząć aplikację. Można nakładać dokładnie jak szampon i wtedy idzie bardzo szybko. Ja natomiast na wszelki wypadek wspomagam się grzebieniem z gęstymi ząbkami, żeby mieć pewność że wszystkie włosy są dokładnie pokryte produktem. Farbę trzymamy na włosach do 40 minut, po czym spłukujemy aż woda będzie teoretycznie przezroczysta (w moim przypadku to niemożliwe, więc spłukuję, aż woda będzie bardzo jasna). Następnie nakładamy balsam utrwalający kolor, zostawiamy na ok. 2 minuty i spłukujemy. Włosy są potem mega miłe w dotyku, a przy okazji kolor wolniej się wypłukuje. Tubka jest spora i starcza na 3 użycia, więc należy go nałożyć jeszcze 2 i 4 tygodnie po farbowaniu. Sama pianka również jest bardzo wydajna - mam dość długie włosy i jedno opakowanie starcza mi bezproblemowo, by pokryć równomiernie całą czuprynę.

Tak wygląda Wiśniowa czerwień na moich włosach jakieś 2-3 tygodnie po farbowaniu:


Jak widzicie u mnie kolor jest ciemniejszy niż na opakowaniu. Być może wiąże się to z tym, że wcześniej przez kilka miesięcy farbowałam włosy Egzotyczną czerwienią, która jest jaśniejsza. Ale muszę przyznać, że ten efekt mi się podoba. Zapomniałam zrobić fotki zaraz po farbowaniu, więc musicie mi uwierzyć na słowo, ze wtedy włosy mają kolor dość ciemny, dokładnie wiśniowy :P Jednak już po kilku myciach kolor robi się bardziej stonowany.

Jedyny minus jaki znajduję w tym odcieniu, to to że strasznie długo wypłukuje się na brudno - jakieś 2 tygodnie, albo i nawet trochę dłużej, co wiąże się ciągle z brudnymi ręcznikami i tym, że trzeba uważać by mokrymi włosami niczego nie zabrudzić - np. jasnego szlafroka. Przy Egzotycznej czerwieni ten efekt również występował, jednak trwało to krócej - tydzień lub 1,5 tygodnia, z tego co pamiętam.

Cena tych pianek waha się zwykle ok. 22-25 zł, ale odkryłam że drogerie często robią promocje i tak np. w Naturze, gdy trafimy na promocję, możemy te pianki dostać za ok. 18-19 zł. Dlatego ostatnio kupuję Wellaton nawet gdy mam świeżo pofarbowane włosy, jeśli tylko zauważę gdzieś promocję, po to by potem nie przepłacać i leży sobie potem w szafie takie opakowanie na zapas. Nie wiem, czy już o tym pisałam, ale mam tak, że lubię mieć w domu zbunkrowane zapasowe opakowanie farby - tak bez powodu w zasadzie (w końcu kolory co jakiś czas zmieniam, więc nie muszę się martwić, że mój jedyny ukochany kolor producent postanowi wycofać :P).

Podsumowując: mimo minusu jakim jest długi czas brudzącego wypłukiwania koloru, polecam tę farbę, bo jest wygodna w użyciu i ma ciekawy kolor. Nie ręczę tylko czy kolor wyjdzie Wam zbliżony do tego z opakowania, czy dużo ciemniejszy, jak u mnie, ale przypuszczam że u mnie zawinił ciemny kolor włosów.

Ocena: 4/5

Lubicie farby piankowe czy wolicie tradycyjne? A może zmieniacie kolor w salonie fryzjerskim? Ciekawa jestem Waszych opinii :)

wtorek, 14 sierpnia 2012

Po wizycie u fryzjera

Hej!

Dzisiaj krótka notka o włosach. Ostatnio były w paskudnym stanie - chciało mi się już płakać jak na nie patrzyłam. Końce były mega szorstkie, porozdwajane, łatwo się ze sobą plątały, przez co czasem pojawiały się trudne do wyczesania kołtuny. Koszmar :/ Dlatego wczoraj, korzystając z tego że pracowałam na nocną zmianę, wybrałam się popołudniu do fryzjera.

Oto efekty:



Nie zwracajcie uwagi na prawą brew - obie brwi wydepilowane są mniej więcej symetrycznie, ale przy prawej mam ostatnio spore problemy z układaniem (chyba będę musiała lekko przyciąć niektóre włoski).

Jak widać nie poszalałam u tego fryzjera, nie miałam też takiego zamiaru. Skróciłam włosy o ok. 10 cm. niestety nie wystarczyło to na usunięcie wszystkich zniszczonych części włosów, ale nie chciałam by były jeszcze krótsze, więc poprzestałam na tych 10 cm, zwłaszcza że na co dzień staram się nie suszyć ich suszarką, a gdy schną same, to trochę się kręcą, więc automatycznie są krótsze. Zresztą włosy półdługie/długie są bardziej praktyczne, bo gdy spieszę się rano do pracy to o godz. 5:00 nie bardzo chce mi się z tą fryzurą cudować i lepiej je zebrać w kucyk lub kok.  Co więcej, mam bardziej okrągłą twarz i mało które z krótkich uczesań mi pasuje i zwykle fryzura taka w moim przypadku wymaga prostowania, a fryzjerka kategorycznie zabroniła mi używać prostownicy.

W ogóle zniszczenie moich włosów jest dla mnie niepojęte - jedyna krzywda jaką im robię, to farbowanie, które i tak ostatnio ograniczam (co 2-3 miesiące), suszenie suszarką też wchodzi w grę tylko w sytuacjach awaryjnych. Nie prostuję, nie używam lokówki, nie tapiruję, nie używam kosmetyków do stylizacji. Problemy zaczęły się jakieś 3-4 tygodnie po przyjeździe do Moskwy - myślę, że tu jest pies pogrzebany, bo moskiewski klimat jest bardzo suchy. Kosmetyki, których używam fajnie odżywiły młodsze części włosa, a ze starszymi niestety nie dały sobie rady, dlatego trzeba było je ściąć.

Fryzjerka przed ścinaniem ujarzmiła moje włosy odżywką regenerującą w olejku CHI silk infusion. Po wysuszeni włosy były delikatne i miękkie w dotyku. Fryzjerka zaproponowała, że sprzeda mi małą buteleczkę tego cuda (15 ml) za 10 zł. Bardzo przystępna cena, gdyż na całe końcówki wystarczy do rozprowadzenia jedna kropla. Zamierzam ją stosować na wilgotne włosy, po każdym umyciu (można też na suche, ale wtedy mogą się przetłuszczać).


Skoro już jestem przy temacie włosów, to również wczoraj zakupiłam na promocji w Naturze za 18,99 zł farbę w piance Wellaton. Na razie chcę jeszcze dać moim włosom odpocząć od farbowania, więc farby użyję gdzieś za 2-4 tygodnie, ale że teraz jest 5 zł tańsza, to zakupiłam z oszczędności. Zresztą ja lubię jak pudełko farby leży sobie na zapas - nie wiem dlaczego, bo raczej niczemu to nie służy, ale po prostu tak mam ;) Tym razem postawiłam na nieco jaśniejszy odcień - wiśniowa czerwień, gdyż chcę uzyskać efekt pomiędzy tym kolorem a aktualnym kolorem moich włosów nie bawiąc się w dekoloryzację. Nowy kolor jest 1 lub 2 tony jaśniejszy, a do następnego farbowania aktualny kolor zdąży się mocno wypłukać, jak to czerwień. Wiem, że Wellaton w piance zbiera różne opinie, nie zawsze pozytywne i zastanawiałam się nad wypróbowaniem Szwarzkopfu lub Loreala, ale niestety nie mają oni w swojej palecie barw typowych czerwieni, które uwielbiam - jakoś nie widzę się w mahoniowych włosach. Ciekawa jestem jaki efekt na moich włosach da zakupiony kolorek.


Na razie to tyle paplaniny o włosach - będę starała się je odżywiać i nawilżać i nadal będę ograniczać farbowanie i użycie suszarki oraz kosmetyków do stylizacji. Niezbędna też będzie przynajmniej jeszcze jedna wizyta u fryzjera, by całkowicie pozbyć się zniszczonych końców (aktualnie jest to ok. 2 cm długości). Obawiam się, że następna okazja do wizyty u mojej ulubionej fryzjerki pojawi się dopiero w grudniu,
chociaż może uda mi się pokombinować, żeby trafić do niej wcześniej.

A jak Wy radzicie sobie z problemem zniszczonych przesuszonych końcówek? :) Zachęcam do komentowania.

niedziela, 22 lipca 2012

Balsam nawilżająco-regenerujący Joanna: recenzja

Hej!

To już zaczyna robić się nudne - kolejne bardzo pozytywna recenzja na moim blogu ;) Pewnie wiąże się to z tym, że w pierwszej kolejności chcę opisywać kosmetyki, które naprawdę gorąco Wam polecam. Poza tym dość rzadko trafiam na buble (chociaż kiedyś miałam w tej kwestii akurat pecha, zwłaszcza jeśli chodzi o kosmetyki do pielęgnacji twarzy - ale o tym innym razem).

Przechodzę już do właściwego tematu posta, a więc balsamu nawilżająco-regenerującego polskiej firmy Joanna z serii "Z apteczki babuni". Jest on przeznaczony do włosów suchych i zniszczonych.


Za 300 ml kosmetyku płacimy 5,49 zł w Rossmannie, więc cena jest bardzo przystępna. Jednocześnie balsam jest dość wydajny - używam go od miesiąca i zostało mi jeszcze około połowy opakowania (włosy myję co drugi dzień i używam go po każdym myciu), przy czym często nakładam go więcej niż producent napisał w instrukcji użycia.

Skład kosmetyku prezentuje się następująco: 


Nie jestem tutaj jakimś znawcą - na portalu wizaż widziałam analizę dziewczyn i nie dopatrzyły się one silikonów. W składzie jest natomiast alkohol, który może wysuszać włosy. Jeśli chodzi o dobroczynne składniki, to przede wszystkim mamy tu proteiny miodu i proteiny mleka. Skład może więc budzić pewne kontrowersje ze względu na alkohol, ale powiem Wam, że w tej kwestii podzielam opinię Karoliny, która prowadzi kanał Stylizacje i Stylizacje 2 na youtube - skoro używałam kosmetyków z alkoholem i innymi paskudnymi składnikami całe lata i moim włosom jakoś nic strasznego się nie stało, to nie widzę powodu, dla którego miałabym zrezygnować ze wszystkich kosmetyków z alkoholem czy nawet silikonami, zwłaszcza jeśli któryś naprawdę dobrze działa na moje włosy. Ten kosmetyk u mnie się świetnie sprawdza, więc nie widzę powodu, by z niego rezygnować, nawet jeśli ma kilka niezdrowych składników.

Opakowanie: wygodne w użyciu, jedyny minus jest taki, że nie widać ile dokładnie produktu zostało nam w środku.

Sposób użycia: wyciskamy niewielką ilość balsami i nakładamy na wilgotne włosy skupiając się na końcówkach, przeczesujemy, nie spłukujemy (może on zatem obciążać włosy, ale u siebie jakoś tego nie zaobserwowałam). Ja od czasu do czasu nakładam do na niemal całą długość włosów, by je odżywić, ale nie robię tego często, gdyż może to przetłuszczać włosy.

Na zamieszczonej wyżej fotce widzimy też, jaki efekt gwarantuje nam producent, czyli:
 - nawilżone włosy o zdrowym wyglądzie
 - milsze w dotyki i bardziej lśniące
 - łatwe do układania i rozczesywania.

I powiem Wam, że u mnie ten balsam daje dokładnie taki efekt jak w opisie producenta. Ja mam włosy od nasady przetłuszczające się, z suchymi, łatwo niszczącymi się przez farbowanie końcówkami i ten balsam sprawił, że moje włosy wreszcie przestały przypominać siano. Co więcej one same zaczęły super się układać, więc czasami po wyschnięciu (staram się ostatnio jak najrzadziej używać suszarki) nie muszę ich nawet czesać, bo układają się w piękne sprężyste fale, które tylko roztrzepuję delikatnie palcami. Oczywiście włosy naturalnie mi się falują, ale wcześniej te fale wyglądały jakby były poczochrane, bo miałam na głowie siano. Jestem zatem zachwycona, bo następnego dnia rano po umyciu włosów czas układania włosów ograniczony mam do minimum - wystarcza mi mniej niż minuta :) Gorzej już jest na drugi dzień - wtedy już włosy są lekko wymęczone. Przeczesuję je wtedy szczotką z naturalnego włosia i przeważnie jest OK, jak nie to po prostu je upinam. Tyle o układaniu. Poza tym włosy po tym balsamie są gładziutkie, lśniące, wreszcie mają taki zdrowy blask.

Mimo niewielkich minusów wystawiam temu kosmetykowi wysoką ocenę, gdyż po tylu nieudanych próbach wreszcie trafiłam na kosmetyk, którego efekty są dla mnie naprawdę zauważalne i mile mnie zaskoczyły. Produkt ten na stałe zagości w mojej kosmetyczce. Dla tych, które nadal szukają swojego ideału, polecam wypróbowanie tego balsamu, zwłaszcza że za tę cenę mamy niewiele do stracenia.

Ocena: 5/5

sobota, 30 czerwca 2012

Wellaton Pianka Trwale Koloryzująca: Egzotyczna Czerwień 55/46

Nie ma to jak pisać posta w środku nocy, zamiast spać :P A jeszcze sprzątanie na mnie czeka ;) Ostatnio ciągle jestem zalatana, ale akurat dziś farbowałam włosy, więc tchnęło mnie na tego posta. Przechodzę zatem do tematu.

Już drugi raz zafarbowałam włosy pianką Wellatonu w kolorze Egzotyczna Czerwień (55/46). Można się zatem domyślić, że jestem z tego produktu zadowolona, skoro zdecydowałam się na niego drugi raz z rzędu ;)



Zawsze denerwowało mnie to, że musiałam prosić o pomoc w farbowaniu siostrę, czy kogoś innego, więc musiałam się do tej osoby dostosowywać czasowo itd. Teraz po prostu sama wszystko robię i jestem zadowolona z efektu. A wszystko to za ok. 23 zł (szkoda zatem kasy na fryzjera, skoro w sklepach mamy dobre farby w przystępnych cenach, które możemy sobie zaaplikować bez niczyjej pomocy).

W środku mamy instrukcję, rękawiczki, duży pojemnik z emulsją, mały pojemnik z kremem koloryzującym, atomizer i balsam utrwalający kolor.


Do pojemnika z emulsją wlewamy krem koloryzujący, nakładamy atomizer, zakręcamy, wstrząsamy aż wytworzy się gęsta piana i gotowe - możemy zacząć farbowanie. Piankę wyciskamy mocno naciskając pojemnik, nabieramy na dłonie (w rękawiczkach oczywiście) i nakładamy na włosy jak szampon (ja jeszcze dodatkowo wczesuję grzebieniem). Farbę należy spłukać po 40 minutach, po czym należy nałożyć balsam utrwalający kolor i jego po kilku minutach też spłukać. Ja ten balsam uwielbiam - pięknie pachnie, włosy są po nim miękkie, gładkie, lepiej się rozczesują. Należy go nałożyć róznież 2 i 4 tygodnie po farbowaniu. Kolor utrwala całkiem całkiem - faktycznie mocniej zaczyna blaknąć po 6 tygodniach (ja ostatnio farbuję co ok. 3 miesiące, żeby nie katować zbyt mocno moich włosów, którym szkodził moskiewski klimat). Farba natomiast jest bardzo wydajna - 1 opakowanie pianki starcza na dokładnie pokrycie moich długich włosów.

Kolor na początku jest dość ciemny - u mnie jest to ciemna wiśnia (fotka poniżej). Natomiast po około dwóch tygodniach wypłukuje się do ciemniej chłodnej czerwieni, takiej bordowej (co możecie zobaczyć na moich zdjęciach z makijażami). Kolor jest wtedy dokładnie taki jak na pudełku od tej farby.

Niestety przez co najmniej tydzień (do dwóch nawet) po farbowaniu musimy się borykać z tym, że kolor dość mocno wypłukuje się podczas mycia, więc brudzi nam ręczniki, brodzik od prysznica itd. Ja przez ten czas po każdym myciu suszę włosy suszarką (chłodnym nawiewem oczywiście), żeby nie brudziły mi szlafroka czy innych elementów garderoby.

Nie wiem dlaczego na tym zdjęciu kolor wydaje się lekko brązowawy. Zapewniam, że to ciemna wiśnia. Jak widać po skórze głowy, fotka robiona pewnie z dzień czy dwa po farbowaniu.


Ja tę farbę polecam. Jestem z niej bardzo zadowolona i pewnie będę nią farbować włosy, dopóki kolor mi się nie znudzi.

Ocena: 5/5