Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

Top coat Kobo z diamentowym pudrem

Hej :)

Wreszcie odpoczywam po bardzo pracowitym tygodniu (miałam urwanie głowy w pracy). Chciałam Wam wrzucić dziś jakąś recenzję, tylko nie wiedziałam jaką (miały być nowości Schwarzkopf w Rossmannie, ale zdjęcia nie wyszły i muszę je zrobić jeszcze raz). Znalazłam więc w odmętach komputera zdjęcia top coat'u Kobo z diamentowym pudrem. Nie używam go już od ponad pół roku, ale czuję się w obowiązku napisać Wam jego recenzję, żeby przestrzec Was przed jego kupnem.


Samo opakowanie topa wygląda bardzo estetycznie i od razu przypadło i do gustu. Pędzelek jest dość wąski, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało w czasie użytkowania.


Top coat niestety nie przyspiesza wysychania lakieru. Wbrew deklaracjom producenta, nie przedłuża także trwałości kolorowego lakieru i nie nadaje mu większego połysku. Wychodzi więc na to, że to zwykły bezbarwny lakier do paznokci i tak właśnie przez dłuższy czas go używałam. Ale nawet w tej formie użycia szybko odpryskiwał.

Jedyny plus tego kosmetyku, to to, że nie gęstnieje tak szybko jak inne top coat'y, ale co nam to daje, skoro on tak naprawdę nie spełnia funkcji top coat'u? Koniec końców dodałam do niego kolorowy pigment i przerobiłam na szmaragdowy lakier do paznokci ;)


Cena i dostępność: 9,99 zł// 7,5 ml w Drogeriach Natura.

Top coat okazał się top coat'em nie być i stanowczo odradzam Wam jego zakup. Nie jest wart nawet tych 10 zł. Lepiej kupić 2 razy droższy, ale prawdziwy top coat.

A Wy jakich top coat'ów używacie? Może polecicie mi coś godnego uwagi? (Czaję się teraz na Sally Hansen Insta Dry, ale wiecznie jest wykupiony w moim Hebe. Essie Good To Go też uznałam za nie wart swojej ceny, ale o tym innym razem, więc szukam wciąż ideału)

Avenindra.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Przed-przeprowadzkowe denko, sprzedaż i wymianka :)

Witajcie :)

Wreszcie nadszedł czas na wrzucenie mojego denka sprzed przeprowadzki. Obejmuje ono zatem okres 1-23 marca, czyli około 3 tygodnie. Produkty, które zdenkowałam po przeprowadzce włączę do kwietniowego denka (może dzięki temu będzie ono pokaźniejsze, hehe :P).


1) Platki kosmetyczne Lieliebe, 120 szt. - chyba nie muszę ich nikomu przedstawiać. Lubię je, bo odpowiada mi ich struktura, nie rozwarstwiają się, dobrze czyści się nimi twarz i nie podrażniają skóry. Następca: jak zwykle płatki kosmetyczne Lieliebe.

2) Chusteczki do demakijażu BeBeauty do wszystkich typów cery - uwielbiam, jak wiecie. Muszę w końcu zrobić o nich osobną notkę. Następca: z początku chusteczki-mordercy z Alterry. Zaraz po ich porzuceniu powróciłam jako użytkowniczka marnotrawna do chusteczek BeBeauty, których już nigdy nie zdradzę na rzecz ciekawości innymi markami.

3) Lakier do paznokci Essence w kolorze butelkowej zieleni, którego nazwy i nr nie pamiętam, bo się wszystko starło. Zużyłam go prawie całkowicie, końcówka na dnie totalnie zgęstniała i przypominała już gumę arabską, więc wylądowała w koszu. Lubię lakiery Essence, tylko szkoda, że tak szybko gęstnieją - czasami nawet w połowie butelki.

4) Lakier do paznokci Essence Colour & Go, 79 Viva La Green, czyli ni to mięta, ni to seledyn, a zatem piękny, nietypowy kolor. Wiem, że dziewczyny narzekały na fatalną trwałość, co mnie zdziwiło, bo u mnie zwykle lakiery trzymają się na paznokciach do 2 dni, a ten wytrzymywał bez odprysków i otarć nawet do 4 dni. Kupiłabym nawet ponownie, ale nie ma go już w sprzedaży.

5) Szampon Green Pharmacy z nagietkiem lekarskim do włosów normalnych i przetłuszczających się - wiązałam z nim spore nadzieje, choć nie oczekiwałam wielkiego wow, bo w końcu to tylko szampon. Niestety w moim przypadku okazał się totalnym bublem. Mimo dość fajnego składu kiepsko mył włosy, prawie w ogóle się nie pienił, był strasznie niewydajny i, co najgorsze, okropnie plątał mi włosy, no po prostu jakaś tragedia. W tym przypadku więc kiepska wydajność okazała się błogosławieństwem i bardzo cieszę się, że ten szampon nareszcie mi się skończył. Zmniejszenia przetłuszczania skóry głowy też nie zauważyłam - to dał mi dopiero szampon Babydream. Następca: Szampon Babydream i Szampon L'Biotica Biovax do włosów suchych i zniszczonych.

6) Maseczka do twarzy Naturia Siberica - fajna dla skóry wrażliwej, ma działanie odżywcze. Lubię, ale nie jest to jakiś must have, zwłaszcza gdy widzę jakie ceny osiąga w Polsce (w Rosji kupiłam ją za ok. 6 zł, więc żal było nie brać). Następca: mam zamówioną na jej miejsce maseczkę Avon Planet Spa z żeń-szeniem, bo stwierdziłam, że przyda mi się jakieś rozświetlenie na wiosnę.

7) Ziaja, Tonik rumiankowy - recenzja TUTAJ. Nie polubiłam go, pod koniec miałam nawet wrażenie jakby lekko podrażniał moją skórę. Nic nie robił, nie zwężał porów, więc nie nie nie i jeszcze raz NIE! Następca: Srebro koloidalne.

8) Woda toaletowa Avon Celebre - delikatny, dziewczęcy, świeży zapach. Lubię, nawet bardzo, ale od dłuższego czasu sięgam po trochę cięższe zapachy, więc po ten raczej nieprędko sięgnę ponownie.

9) Żelowy eyeliner Essence 01 Midnight In Paris - może mnie trafił się jakiś wadliwy egzemplarz, ale po pierwsze nie nazwałabym tego eyelinera wodoodpornym, a po drugie nie odpowiada mi jego konsystencja - dla mnie jest on za rzadki jak na żelowy eyeliner i za gęsty jak na eyeliner w płynie. Bardzo często sklejał mi rzęsy. Zagęścić byłoby go trudno, więc wybrałam opcję rozcieńczania do konsystencji bardziej płynnej. Musiałam więc używać Duraline, żeby łatwiej mi się go rozprowadzało. Teraz do Natur weszła podobno lepsza formuła, więc może te nowe eyelinery lepiej się sprawdzą. Za ok. 10 zł i tak ciężko znaleźć lepszy eyeliner w żelu. Ja jednak mam teraz na oku eyeliner w żelu Maybelline i kupię go jak skończy mi się mój obecny eyeliner. Następca: Maybelline eyeliner w pisaku Master Precise i Maybelline EyeStudio Lasting Drama, eyeliner w żelu (używam go krótko, ale już mogę powiedzieć, że konsystencję ma 100 razy lepszą niż ten eyeliner Essence, no ale tutaj cena jest prawie 3-krotnie wyższa niż eyelinera Essence).

10) Maskara Rimmel Extra Wow Lash - recenzja TUTAJ. Byłam z niej średnio zadowolona, o czym szerzej w recenzji. Następca: Maybelline The Falsies Volum.

11) Maskara Wibo Extreme Lash Volum - jedna z najtańszych i jednocześnie najlepsza maskara, jaką do tej pory miałam. Wciąż co prawda szukam ideału, ale czuję, że do tego tuszu jeszcze będę powracać, zwłaszcza w słabszych finansowo miesiącach. Recenzja TUTAJ. Następca: Maybelline The Falsies Volum.

12) Błyszczyk Kobo Pearl 'N' Mineral nr 105 Sweet Orange - niestety szczypał mnie w usta, więc mało go używałam, aż w końcu się przeterminował :/ Żałuję że nie oddałam go siostrze, bo ona lubi błyszczyki Kobo i jej krzywdy one nie robią. Recenzja TUTAJ.

13) Błyszczyk Kobo Pearl 'N' Mineral nr 115 Forest Fruits - ten z kolei nie szczypał i bardzo go polubiłam, szczególnie za kolor. Niestety jest już raczej nie do zdobycia. Wyrzuciłam, bo się przeterminował (kupiłam go na wyprzedaży, więc miał krótką datę ważności). Recenzja TUTAJ.

14) Bell, BB Cream 7 in 1 Skin Adapt - recenzja TUTAJ. Byłam z niego naprawdę zadowolona i pewnie jeszcze do niego powrócę. Następca: Podkład mineralny kryjący Annabelle Minerals.

15) Żel pod prysznic Original Source Chocolat & Orange - recenzja TUTAJ. Zachowałam sobie po nim zamknięcie, by w razie ponownego kupna jakiegoś żelu tej marki mieć nakrętkę z silikonowym zaworkiem. Następca: żel kokosowy Joanna.

16) Farba do włosów w piance Wellaton, odcień Wiśniowa Czerwień. Recenzja TUTAJ.


Ponadto przed przeprowadzką kilka rzeczy sprzedałam lub oddałam w dobre ręce.



Sprzedałam:
1) 2 lakiery Sensique - nie pamiętam kolorów, jakoś nie lubię lakierów tej marki.
2) Lakier Essence Colour & Go, Mellow Yellow - konsystencja mi nie odpowiadała.
3) 2 lakiery Wibo Color Trend - znów nie pamiętam kolorów. Jakość ujdzie, ale nie trafiłam z kolorami.
4) Odżywkę utwardzającą do paznokci My Secret, która mi nie służyła.
5) 2 szminki Avon - w jednej nie odpowiadał mi kolor, a w drugiej formuła, nie pamiętam ich nazw.
6) Bronzer ELF Cool - kolor dla mnie za ciemny, a poza tym mam za dużo bronzerów.
7) Rozświetlacz Essence Wild Craft - zaczęły mi w nim przeszkadzać drobinki, mimo że nie są jakieś chamskie. Na dzień wolę jednak coś delikatniejszego. Po puszczeniu go w świat kupiłam w to miejsce The Balm Mary-Lou Manizer i był to strzał w dziesiątkę, bo ten rozświetlacz jest naprawę uniwersalny.
8) Tester cieni poczwórnych Maybellinr Purple Drama - dla mnie te cienie miały za dużo chamskich drobinek, które osypywały się i migrowały po całej twarzy!!!

Oddałam:
1) Woda toaletowa Avon Timeless - dla mnie ma za mocny i za poważny zapach. Powędrowała do mojej mamy.
2) Maskara My Secret 3 in 1 - dla mnie cały czas jest za rzadka, mimo że otwierałam ją w listopadzie. Łatwo o sklejenie rzęs, jeśli się nie uważa. No i u mnie strasznie się odbijała. Za to ładnie wydłuża i silikonowa szczoteczka dobrze rozczesuje rzęsy. Na rzęsach mojej siostry wygląda natomiast rewelacyjnie, ale na jej gęstych, ciemnych i długich rzęsach wszystkie tusze rewelacyjnie się prezentują :P

Siostrzana wymianka:
1) Oddałam błyszczyk Bell kupiony w Biedronce, który ma piękny kolor, ale wnerwia mnie jego kiepska trwałość. W zamian dostałam trwały, półtransparentny błyszczyk Essence w tubce, który ma smak wiśni.
2) Oddałam błyszczyk w tubce Kobo, ten  który strasznie mnie szczypał, o czym pisałam w szminkowo-błyszczykowym poście jakiś czas temu. W zamian dostałam podwójny cień Miss Sporty (nie miałam wcześniej do czynienia z cieniami tej firmy, więc chętnie przetestuję. Moja siostra narzeka na osypywanie i kiepską trwałość, no ale ona nie używa bazy, bo twierdzi, że jej niepotrzebna i szaleje za cieniami Rimmela, bo one jej się bez bazy super trzymają :P).

No i tak wyglądało moje 3-tygodniowe pozbywanie się nadmiaru kosmetyków. Uważam, że nadal mam tego trochę za dużo, dlatego teraz będę się starać jak najmniej kupować i jak najwięcej denkować, bo nie lubię marnotrastwa.

A Wy w jaki sposób pozbywacie się nadmiaru kosmetyków? :)


poniedziałek, 11 marca 2013

Błyszczyki Kobo Pearl 'N' Mineral: 105 i 115

Hej :)

Dzisiaj krótko o błyszczykach Kobo Pearl 'N' Mineral. Nie przeraźcie się ich zdjęciem, na którym są rozwarstwione - nie używam ich od grudnia, bo straciły wtedy ważność Zostawiłam je w swoim zbiorku, żeby je zrecenzować i jakoś tak o nich zapomniałam Akurat w weekend robiłam porządki w kolorówce i te błyszczyki wpadły mi w ręce. Chcę je wrzucić do marcowego denka, skoro i tak już się nie nadają do użycia, więc oto recenzja ;)


Naprawdę żałuję, że nie zrobiłam im zdjęć jesienią, no ale mówi się trudno ;) Błyszczyki kupiłam na wyprzedażach Kobo w Naturze pod koniec lata kosztowały wtedy ok 7 zł za 10 ml, a cena regularna to ok 17 zł, więc moim zdaniem opłacało się wziąć coś na wypróbowanie, zwłaszcza gdy złapałyśmy sztukę z kilkumiesięczną datą ważności (kosmetyki Kobo mają podaną na opakowaniu konkretną datę ważności). Ja kupiłam wówczas kolor nr 105  Sweet Orange i 115 Forest Fruits

Co obiecuje nam producent?


Moja opinia:
Co do każdego z tych błyszczyków mam trochę inne zdanie.

Nr 105 Sweet Orange to jaśniutki pastelowy pomarańcz ze złotymi i różowymi drobinkami, które są bardzo subtelne i prawie niewidoczne Na "gołych" ustach daje efekt rozjaśnienia Rozjaśnia też szminki, gdy jest na nie aplikowany lub nadaje im odcień bardziej nude. Kolor jest zatem dość mylny, bo w praktyce daje bardziej nudziakowy niż pomarańczowawy efekt. Krycie jest półtransparentne. Niestety używałam go bardzo mało, bo okazuje się, że wywołuje u mnie uczucie pieczenia i szczypania ust, jak kilka innych błyszczyków Kobo, z którymi miałam styczność Czy któraś z Was też tak miała? Naprawdę szkoda, bo kolor jest dość fajny i sporo dziewczyn go sobie chwali



Nr 115 Forest Fruits faktycznie ma adekwatną nazwę - wygląda jak jakiś mus czy inny wyciąg z leśnych owoców. Powiedziałabym, że ma kolor takiej truskawkowej ciapki (ale porównanie :P) Ma w sobie bardzo subtelne srebrne i wyraźne niebieskie drobinki. Daje na ustach dość dobre krycie i kolor na ustach jest dokładnie taki sam jak w opakowaniu. Ten odcień nie wywołał u mnie żadnej nieprzyjemnej reakcji na ustach, a kolor bardzo mi odpowiadał, więc używałam go namiętnie i wylądował w moich ulubieńcach 2012 roku :)

Oba błyszczyki nie daję ekstremalnego błysku na ustach, tylko taki subtelny Opakowanie jest w porządku, wizualnie nawet mi się podoba Aplikatorowi też nie mam nic do zarzucenia Niektóre dziewczyny narzekały, że opakowanie jest straszne, bo błyszczyk wyciekał im po bokach - u mnie nic takiego się nie działo, a nosiłam je nawet w torebce i nie stała się żadna katastrofa. Co do trwałości, to oba błyszczyki są bardziej trwałe niż przeciętny błyszczyk, mimo że się nie kleją Wytrzymywały na moich ustach do 4-5 godzin bez jedzenia i picia. Po posiłku wymagały poprawki, jednak w przypadku nr 115 nawet po jedzeniu było go jeszcze trochę widać na ustach, no chyba że posiłek był naprawdę solidny. Nie wypowiem się na temat zapachu, bo zwyczajnie go nie pamiętam, a teraz gdy są przeterminowane, błyszczyki pachną bardzo chemicznie - za czasów ich świetności na pewno tak nie pachniały, bo nie byłabym w stanie ich używać ;)

Podsumowując: Błyszczyki Kobo najwyraźniej moim ustom nie służą, dlatego nie skuszę się już na żadne błyszczykowe nowości z tej marki Natomiast bardzo przypadł mi do gustu kolor 115, który nie robił mi krzywdy i ma moim zdaniem świetny kolor, dlatego gdy nadarzy się okazja, pewnie kupię go ponownie Jest dość trwały, daje dobre krycie, nie klei się, ma piękny kolor (świetnie się sprawdzał do makijaży dziennych i wieczorowych), jest go aż 10 ml - czego chcieć więcej? ;)

Ocena: nr 105 - 2 (za podrażnianie ust i słabe krycie)
             nr 115 - 5

Niby dwa takie same produkty, a jak różne oceny ;) Moim zdaniem można spróbować, zwłaszcza gdy się trafi na promocję, bo kolory tych błyszczyków są naprawdę piękne, ale jak widać po mnie - nie każdemu te błyszczyki dobrze służą

W ogóle to ostatnio w toruńskiej Naturze nie widuję tych błyszczyków. Nie wiem - może je wycofano? Uświadomcie mnie, jeśli wiecie :) Wolałabym, żeby były w sprzedaży, bo uwielbiam kolor 115 - chyba najlepszy błyszczyk, jaki miałam.

Miałyście styczność z tymi błyszczykami? :)


środa, 27 lutego 2013

Szminkowo-błyszczykowy szał zakupowy :D

Hej!

Co prawda niedługo i tak podsumowanie zakupów lutowych, ale znowu tyle tego jest, że chyba zginę fotografując wszystkie te rzeczy. A że luty upłynął mi głównie pod znakiem zakupów kolorowych mazideł do ust, to postanowiłam zamieścić osobną notę notkę ze szminkami, błyszczykami i ich swatchami. Chętnych zapraszam do oglądania moich zdobyczy :)

Zdjęć nie obrabiałam, bo chciałam oddać rzeczywisty wygląd kolorów. Z góry przepraszam za nie najlepszą jakość niektórych zdjęć, ale łapałam już resztki dziennego światła :/

Zacznijmy od szminek Avon "Idealny Pocałunek". Jest to nowa seria Avonu i w katalogach 2 i 3 2013 można było nabyć je za połowę ceny, czyli 15,99 zł zamiast 32 zł. Żal było nie skorzystać, zwłaszcza że kilka kolorów wpadło mi w oko. W ten oto sposób w moje ręce dostały się 3 pełnowymiarowe szminki i 2 próbki.



Opakowania są piękne, prawda? :) Ciekawa jestem tylko jak będą wyglądać po jakiś 2 latach używania ;)


Jeśli chodzi o pełnowymiarowe szminki, wybrałam kolory: Coral Connection, Berry Smooch i Plum Intrigue.


Z próbek wybrałam kolor Deep Orchid i Racy Red. W Racy Red moja buzia nie prezentuje się zbyt korzystnie. Deep Orchid wygląda super, ale chyba pozostanę jednak przy próbce, bo trudno byłoby mi zużyć pełnowymiarową szminkę w tak ciemnym kolorze, więc szkoda pieniędzy. Cen próbek niestety nie znam - moja konsultantka dorzuca mi gratis wszystkie próbki, jakich tylko sobie zażyczę, a jak nie chcę żadnych, to sama coś mi dobiera i wrzuca do torby z zakupami ;D


A tak prezentują się swatche:


  • Coral Connection - typowy koral, w rzeczywistości nieco bardziej czerwony niż na zdjęciu, powyższy efekt osiągnęłam dwiema warstwami
  • Berry Smooch - ciemny chłodny róż, jakby nieco wpadający w fuksję. W życiu bym nie pomyślała, że zakupię sobie raki kolor. A jednak zakupiłam i jestem bardzo zadowolona z efektu. Kolor jest głęboki i ma bardzo dobre krycie - powyższy efekt osiągnęłam nakładając jedną warstwę szminki
  • Plum Intrigue - tu niestety jestem lekko zawiedziona - spodziewałam się głębszego i lepiej napigmentowanego koloru. Ze wszystkim zakupionych przeze mnie kolorów ten jest najsłabiej napigmentowany. Do swatcha uzyłam 3 warstw. Mimo wszystko mi się spodobał i ładnie prezentuje się na moich ustach, chociaż spodziewałam się czegoś innego ;)
  • Deep Orchid - to już jest ciemna głęboka śliwka, dość dobrze napigmentowana. Do swatcha użyłam 2 warstw, żeby nie było żadnych prześwitów, o co nietrudno przy tak ciemnym kolorze. Kolor ten przyda się do bardzo odważnych czy mrocznych makijaży lub na jakieś imprezy tematyczne i muszę przyznać, że naprawdę dobrze się w nim czuję
  • Racy Red - dość ciemna, stonowana czerwień, wpadająca nieco w malinę - spodziewałam się bardzo fajnej, przygaszonej ciemnej czerwieni, a w praktyce okazało się właśnie, że kolor wpada trochę w malinowy, w którym moja twarz nie prezentuje się zbyt korzystnie. Na szczęście to tylko mała próbeczka, więc pewnie dam radę ją zużyć.

Generalnie jestem zadowolona z tych szminek. Szczególnie zachwyciły mnie Coral Connection i Berry Smooch, bo ostatnio gustuję w makijażu dziennym z akcentem na usta - jest to fajna opcja, gdy rano się spieszę i nie mam czasu na wydziwianie z ciekawym makijażem oka, a jednocześnie chcę, żeby coś się działo na tej twarzy. Plum Intrigue trochę zawiodło mnie pigmentacją, ale mimo tego polubiłam ten kolor.Deep Orchid jest piękna, ale pełnowymiarową byłoby mi ciężko zużyć, więc pozostaję przy próbce. Zawiodłam się na Racy Red, ale tylko ze względu na odcień - jakość jest dobra i polecam ten kolor dziewczynom, które lubią malinową czerwień i dobrze się czują w tym kolorze.

Recenzja tych szminek pojawi się pewnie za jakiś czas, bo muszę jeszcze wszystkie je potestować pod kątem trwałości itp.


Przejdźmy teraz do szminek Catrice Ultimate Colour. Z tej serii zakupiłam 2 egzemplarze - 050 Princess Peach i 190 The Nuder, The Better i oba kolory pokochałam, bo szukałam dokładnie takich od dawna. Przetrząsnęłam ofertę różnych marek i tylko Catrice sprostała moim oczekiwaniom. Skoro kolory bardzo mi się podobały i sporo dobrych opinii czytałam o szminkach z tej serii, nie mogłam po prostu ich nie kupić ;)






  • 050 Princess Peach - to pastelowa pomarańcza, dobrze napigmentowana. Myślę, że będzie świetna na wiosnę. Od jakiegoś czasu szukałam takiego koloru, żeby móc z nim zestawiać róże wpadające w pomarańczowe tony
  • 190 The Nuder, The Better - jest to typowy odcień nude - beżowy, lekko wpadający w róż, zdecydowanie ciepły odcień. Jest on jaśniejszy o jakieś 3 tony od koloru moich ust, ale nadal odpowiednio ciemniejszy od koloru podkładu, więc nie wyglądam w nim jak trup, czego obawiałam się na przykład przy odcieniu 010 Be Natural!, który jest jeszcze jaśniejszy od tego koloru. Ostatnio naprawdę często jak na siebie noszę na ustach kolory nude (o ile mam czas na sensowny makijaż oczu, żeby twarz nie wyglądała nijako), więc poszerzyłam swoją kolekcję o jeszcze jeden egzemplarz takiego koloru.
Cena tych szminek to 16,99 zł za sztukę. Kupiłam je w Naturze. W tym przypadku również obiecuję recenzję za jakiś czas.


No i ostatnim zakupem są błyszczyki. Postanowiłam zaopatrzyć się w kolejne 2 egzemplarze błyszczyka Essence Stay With Me, bo naprawdę je uwielbiam (szkoda tylko, że tak szybko się kończą). Generalnie błyszczykw używam rzadko, głównie gdy mam mocno przesuszone usta i nie chcę je katować szminką. No i właśnie w takich sytuacjach mój wybór najczęściej pada na Essence Stay With Me, które w Toruniu niestety są ciężko dostępne w ostatnim czasie i kupuję je zwykle w Wałbrzychu, gdy przyjeżdżam na kilka dni odwiedzić mamę. Tym razem wybrałam odcień 03 Candy Bar i 07 Kiss Kiss Kiss. Kupiłam też błyszczyk Kobo Professional Lip Care Balm 403 Hot Autumn. Te z Essence kosztowały 8,99 zł za sztukę, a Kobo był przeceniony z 8,99 zł na 4 zł i był to zupełnie spontaniczny zakup.


  • Stay With Me 03 Candy Bar - jest  to kolor koralowo-łososiowy, może nawet trochę brzoskwiniowy. Moim zdaniem bardzo ładny i będzie pasować wielu osobom do wielu makijaży
  • Stay With Me 07 Kiss Kiss Kiss - tutaj mamy odcień czerwono-malinowy i o dziwo w tym jest mi do twarzy, może dlatego, że przypomina nieco na ustach odcień leśnych owoców - jakbyśmy je wysmarowały truskawkową paćką na przykład ;)
  • Kobo 403 - jest to jasna pomarańcz ze złotymi drobinkami, która ma kiepską pigmentację, więc lepiej będzie służyć do pokrycia szminki niż solo. Mnie na dodatek piecze w usta. Jeżeli to nie minie, będę musiała puścić ten błyszczyk w świat, bo nie cierpię, gdy coś się marnuje - może komuś innemu lepiej posłuży




Tak właśnie wyglądały moje zakupy kolorówki do ust w lutym. Miałyście do czynienia z tymi produktami? A może któryś z pokazanych tutaj kosmetyków Was zainspirował? ;)


środa, 13 lutego 2013

Szminka Kobo Professional Fashion Colour nr 105 Velvet Rose

Hej :)

W ramach przerwy od nauki na kolokwium z angielskiego, przychodzę do Was tą wieczorową porą z recenzją mojej ulubionej szminki, czyli Kobo Professional Fashion Colour nr 105 Velvet Rose (dokładnie taka sama jest do wygrania w moim konkursie ---> KLIK). Jeżeli jesteście ciekawe jak się spisuje, zapraszam do czytania/oglądania :)

 

Cena i dostępność: Produkty marki Kobo możemy kupić wyłącznie w sieci drogerii Natura (no i na portalach aukcyjnych typu Allegro, rzecz jasna). Cena regularna szminki to 15,99 zł, ale często jest ona dostępna w promocji za niższe pieniądze, np. za 9,99 zł, więc warto czekać na okazje, bo za 10 zł możemy upolować świetną szminkę :) Nie znam gramatury, bo producent jej nie podaje, ale wydaje się być standardowa, czyli ok. 4 g, może trochę mniej. Dokładna data ważności jest podana na etykietce.

Opakowanie: Jak opakowanie od standardowej szminki, tyle że lekko kwadratowe. Dość ładne i eleganckie, choć mam też dużo w swojej kolekcji szminki w dużo bardziej eleganckich opakowaniach, które robią większe wrażenie. No i w przypadku tej szminki, jak i w przypadku większości kosmetyków Kobo, napisy szybko ścierają się z opakowania (co zapewne możecie zobaczyć na zdjęciach).



Kolor i wykończenie: Chłodny róż (zapewne zawiera trochę fioletowego pigmentu) wymieszany z domieszką beżu. Ja ten kolor nazwałabym takim chłodnym dość ciemnym nude. Wykończenie jest matowe. Kolor ten na pewno nie zrobi z nikogo trupa i bardzo pasuje dziewczynom o chłodnym typie urody. Spójrzcie zresztą na swatche:


A tak szminka spisuje się w akcji:

Moja opinia:
Szminka jest bardzo kremowa, daje przyjemne uczucie na ustach. Może lekko wysuszać usta (tak jest przynajmniej w moim wypadku, ale na szczęście niezbyt często tak się dzieje). Kolor według mnie jest genialny - idealny dla dziewczyn o jasnych cerach i chłodnym typie urody jako szminka nude. Fenomenalna w dziennych makijażach - moje usta wyglądają w niej bardzo naturalnie, subtelnie i dziewczęco. Wykończona błyszczykiem natomiast spisuje się u mnie świetnie w makijażach wieczorowych, w których stawiam na mocne podkreślenie oka i neutralne usta. Na moich ustach wytrzymuje ok. 4 godzin, co według mnie jest niezłym wynikiem, bo wiele szminek znika z moich warg już po 2 godzinach.



Jest to moja ulubiona szminka, odkąd ją posiadam, czyli od listopada. Kiedy mi się skończy, na pewno kupię kolejne opakowanie. No i czekam na promocje na szminki Kobo Fashion Colour, gdyż ten egzemplarz zachęcił mnie do wypróbowania innych kolorów :) Serdecznie polecam!

Ocena: 5/5



Recenzja została napisana dla serwisu dobry-salon.pl:


poniedziałek, 12 listopada 2012

Szminko-błyszczyk Kobo Professional Extreme Gloss, 205 India Rose

Witajcie :)

Dziś recenzja szminko-błyszczyka Kobo Professional Extreme Gloss w kolorze 205 India Rose.


Opakowanie ładnie wygląda i jest bardzo praktyczne - lekko opornie się otwiera, ale dzięki temu szminko-błyszczyk nie otworzy się w torebce czy kosmetyczce, gdy nosimy go przy sobie (co nie raz mi się zdarzyło przy innych szminkach). Napisy niestety dość szybko się ścierają, ale jest to dość częste, jeśli chodzi o opakowania Kobo.

Kolor naklejki ze spodu opakowania dość mocno różni się od koloru szminko-błyszczyka, więc radze przy wyborze się nim nie sugerować.

Tak prezentuje się swatch tego kosmetyku:


A tak kolor prezentuje się na ustach:


Jak widać, jest to chłodny róż, ciemniejszy od koloru moich ust, ale nie bardzo ciemny. Kupując go liczyłam na większe krycie, jednak w praktyce kolor okazał się półtransparentny. Z początku byłam tym zawiedziona, jednak po jakimś czasie przekonałam się do tego kosmetyku. Doskonale sprawdza się w makijażu dziennym, gdy chcę trochę podkreślić usta chłodnym kolorem. Szminko-błyszczyk wbrew moim obawom nie wysusza ust - nie muszę pod niego nakładać balsamu nawilżającego. Nadaje ustom subtelny błysk, co nadaje wyglądowi świeżości i lekkości. Zapach kosmetyku jest niestety chemiczny, bliżej nieokreślony.

Mój szminko-błyszczyk należy zużyć do grudnia 2014 roku, więc jeszcze długo mi posłuży. Cena też była okazyjna - ok. 10 zł w promocji. Szkoda tylko, że producent nie podaje gramatury produktu, ale w przypadku kolorówki Kobo jest to praktycznie standard.

Podsumowując:
+ piękny kolor lekko ciemnego, chłodnego różu
+ nadaje ustom subtelny błysk
+ nie wysusza ust, nie wymaga stosowania balsamu nawilżającego
+ opakowanie lekko opornie się otwiera, dzięki czemu produkt nie otworzy się niespodziewanie w torebce
+ przystępna cena w promocji

+/- kolor półtransparentny (kiepska pigmentacja)

- chemiczny zapach
- dość szybko ścierają się napisy z opakowania

Ocena: 3,5/5

sobota, 10 listopada 2012

Bibułki matujące z pudrem Kobo Professional

Witajcie :)

Dzisiaj recenzja bibułek matujących z pudrem Kobo Professional, które w ciągu ostatniego miesiąca używałam bardzo często z racji częstych imprez, spotkań i innych wyjść. Zresztą przydają się nawet na uczelni, gdy mam jakiegoś pecha (zła klimatyzacja w salach wykładowych itp.) i podkład niespodziewanie chce zacząć wędrować po mojej twarzy ;)

Tak prezentują się wspomniane bibułki:


Otwieranie opakowania:
Jak widać po moim egzemplarzu, otwieranie może być trochę problematyczne - u mnie ta zamykająca wypustka ciężko wychodzi z opakowania przez co nawet się lekko podarła.

Otwór do wyciągania bibułek jest dość wąski - z jednej strony jest to plus, gdyż bibułki nam nie wypadną, gdy przypadkowo przechylimy lub upuścimy otwarte opakowanie, jednak z drugiej strony, gdy opakowanie jest pełne, naprawdę trudno jest wydobyć z niego bibułkę, zwłaszcza, gdy chcemy wyciągnąć tylko jedną. Ale generalnie opakowanie mi się podoba - czarne, proste, eleganckie, mieści się do małej kosmetyczki, no i bibułki są w nim dobrze zamknięte.

Tak wygląda pojedyncza bibułka:



Kilka słów od producenta:


W opisie użycia producent wyraźnie zaznacza, że nie należy twarzy pocierać bibułkami. Jest to prawda, gdyż w ten sposób ryzykujemy, że zetrzemy po prostu nasz makijaż. Bibułki należy przykładać - wtedy makijaż pozostaje na swoim miejscu i do tego zostaje utrwalony.

Moja opinia: Bibułki są łatwe w stosowaniu. Są bardzo praktyczne - mieszczą się nawet w małych kosmetyczkach i torebeczkach, dzięki czemu zawsze mogę mieć je przy sobie. Na jedno użycie, w zależności od ilości wyprodukowanego przez skórę mojej twarzy sebum wystarcza mi 1-2 bibułki, przy czym używam tych bibułek zwykle w ekstremalnych warunkach dla mojej skóry (w normalnych podkład trzyma się bez zarzutu przynajmniej 8 godzin). Bibułki wystarczają mi więc na bardzo długo, gdyż w opakowaniu jest 50 sztuk. Data ważności wynosi 12 miesięcy od otwarcia opakowania, więc nie muszę się też martwić, że nie zdążę ich zużyć przed upływem tego terminu.

Jeśli chodzi o efekt, to również mnie zadowala - w zależności od warunków bibułki przedłużają trwałość mojego makijażu o kolejne 2-5 godzin. Początkowo byłam tylko nieco sceptycznie nastawiona do pudru z bibułek, ale i tak je kupiłam z czystej ciekawości. Okazało się, że ten puder nie tworzy maski na naszej twarzy i w zasadzie jest półtransparentny - ma delikatne beżowe zabarwienie.

Cena regularna: ok. 14 zł, w promocji można upolować za ok. 10 zł (ja tak zrobiłam).

Przyznaję, że te bibułki naprawdę mi się spodobały i zapewne zakupię kolejne opakowanie.

Podsumowując:
+ przedłużają trwałość makijażu
+ pozostawiają makijaż na swoim miejscu
+ nie tworzą efektu maski
+ ładnie matują twarz
+ ładne opakowanie, z którego bibułki nie mają prawa wypaść
+ cena

- otwieranie opakowania czasami bywa trudne i wymaga trochę cierpliwości
- gdy opakowanie jest pełne, trudno wyciągnąć z niego bibułkę, zwłaszcza pojedynczą

Ocena: 4,5/5

piątek, 21 września 2012

Zakupy wrześniowe

Witajcie :)

Od razu przepraszam za moją 3-tygodniową nieobecność - miałam sporo rzeczy na głowie, w szczególności na uczelni (sesja wrześniowa), a praca na etat do której muszę dojeżdżać kawał drogi organizacji mi nie ułatwia. No ale koniec użalania się - na uczelni poszło dobrze, wreszcie zaliczyłam rok ;) Nadgonienie całego semestru nieobecności przez 2 miesiące wakacji uważam za niemały sukces (oj tak - skromności mi nie brakuje :P). Brakowało mi strasznie przez ten czas blogowania i szperania po drogeriach, więc w tym tygodniu postanowiłam to nadrobić i jakoś tak padło na Naturę ;)

Wśród zakupów znalazła się prawie sama kolorówka. Jeśli chodzi o pielęgnację, to kupiłam tylko tonik nagietkowy z Ziaji (zapomniałam strzelić fotki), bo wszystko inne zostało mi jeszcze z sierpnia. No więc zakupy wrześniowe prezentują się następująco:


Od razu przepraszam za kiepską jakość zdjęć, ale robiłam je podczas zachodu słońca, bo wcześniej nie miałam czasu :/

Przejdźmy zatem do poszczególnych produktów :)

Pierwsza rzecz (a raczej rzeczy), to zestaw podróżny na kosmetyki. Od dawna myślałam o zakupie czegoś takiego, zwłaszcza że często wyjeżdżam gdzieś na 2-3 dni, więc po co nadwyrężać plecy i targać wszędzie pełnowymiarowe produkty. Do kupna skusiła mnie lektura gazetki promocyjnej z Natury - zestaw pojemników w promocji kosztuje 6,99 zł, zamiast 11,99 zł, więc jeśli Wy również uważacie, że przydałoby się Wam coś takiego, biegnijcie do Natury, bo promocja trwa do 3 października. Myślę, że ta cena jest dość okazyjna, bo za niecałe 7 zł dostajemy 4 pojemniczki - 2 butelki 75 ml z dozownikiem, 1 butelkę 75 ml z nakrętką oraz 1 słoiczek 10 ml. W dodatku pojemniczki zapakowane są w etui z PCV zamykane na suwak - myślę, że przy krótkich wypadach będę go używać, żeby mieć gwarancję, że żaden płynny kosmetyk z buteleczki nie rozleje mi się po całej kosmetyczce - chyba niezły patent ;) Jedyne co mnie martwi, to moja skłonność do gubienia tego typu gadżetów, ale ten zestaw wygląda tak fajnie, że chyba będę pilnować, żeby był na swoim miejscu i żeby nic z niego nie zginęło ;)

Kolejny zakup to eyeliner brush Catrice, który jest dwustronny - z jednej strony mamy pędzelek skośnie ścięty, zaś z drugiej tradycyjny cienki pędzelek do eyelinera (moim zdaniem trochę za gruby, ale zobaczymy jeszcze jak sprawdzi się w testach). Koszt ok. 10 zł. Na razie nie wchodzę w szczegóły, gdyż recenzja pojawi się za jakiś czas.

Do tego kupiłam pierwszy w mojej karierze żelowy eyeliner, do którego po nabraniu wprawy przy eyelinerach w tuszu nie mogę się jakoś przyzwyczaić i kreska jeszcze nie wychodzi mi tak jakbym tego chciała (a niby żelowe są łatwiejsze :P). Jak widać padło na Essence w kolorze czarnym (01 Midnight in Paris). Nie chciałam stawiać na coś drogiego, bo nie wiem czy na dłuższą metę spodoba mi się korzystanie z eyelinerow żelowych. Jak już pisałam, na razie jest dziwnie ;) Koszt ok. 12-13 zł.

Paletka cieni My Secret Paradise Lagoon, odcień nr 2 Blue Ocean. Akurat była ostatnia sztuka i to za 7,99 zł, więc wylądowała w moim koszyku. Już wcześniej miałam się na nią decydować, ale jakoś jej nie wzięłam. Potem zobaczyłam jej recenzję u Klaudii na blogu Kosmetyczne Remedium i pożałowałam, że nie wzięłam i wtedy już jej w mojej Naturze nie było. I tak jakoś przypadkiem dziś trafiłam jedną sztukę ;) Na razie jeszcze jej nie używałam, ale od razu moimi faworytem stał się granatowy perłowy cień. Ciekawa jestem również perłowej bieli - bardzo bym się cieszyła, gdyby okazała się dobra do rozświetlania wewnętrznego kącika, bo takiego cienia mi brakowało.

Bibułki matujące Kobo, kupione we wtorek po promocyjnej cienie 9,99 zł. Wiadomo - przydatna rzecz, zwłaszcza, że od października czeka mnie sporo imprez. Te konkretne zaciekawiły mnie obietnicą producenta o pozostawianiu na skórze cienkiej warstwy pudru - spróbujemy i ocenimy ;) Jeżeli okażą się naprawdę dobre, to kupię ponownie nawet w cenie regularnej.

Lakiery do paznokci (od lewej):

  • Essence Colour&Go, 51 Mellow Yellow (jasna cytrynowa żółć z drobinkami)
  • Essence Colour&Go, 81 No Doubt (beż)
  • Essence Colour&Go, 35 Movie Star (szary)
  • Maybelline MNY, 659 (atramentowy intensywny niebieski).
Lakiery z Essence, jak widać po naklejkach, zakupiłam na wyprzedaży po 3,99 zł za sztukę. Lakiery MNY są aktualnie na promocji i kosztuję 4,99 zł za 7 ml.

Szminki (od lewej):
  • Maybelline Hydra Extreme, 670 Natural Rosewood (ciepły pudrowy róż)
  • Maybelline Hydra Extreme, 535 Passion Red (intensywna czerwień)
  • pomadka-błyszczyk Kobo Professionall, 205 India Rose (chłodny róż wpadający w fiolet, nieco ciemniejszy od mojego naturalnego koloru ust).
Szminki Maybelline Hydra Extreme można kupić aktualnie w cenie promocyjnej w Naturze - 8,99 zł. Mają piękny waniliowy zapach. Mam właśnie na ustach czerwoną i muszę stwierdzić, że specjalnie nawilżająca to ona nie jest (chociaż może to przez moje usta, które łatwo się przesuszają), ale przynajmniej jakoś mocno nie wysusza. Obie szminki są dobrze napigmentowane. Szczególnie napawa mnie optymizmem Passion Red, gdyż od dawna marzyłam o takim kolorze na ustach - czerwona szminka jest dla mnie symbolem kobiecości i chyba wreszcie co niej dorosłam :)
Szminkę Kobo kupiłam we wtorek też na promocji za 9,99 zł. Wydaje mi się, że nie jest tak wysuszająca jak Maybelline - może dlatego, że to pomadko-błyszczyk. Niestety ma bardzo średnią pigmentację i nie jest zbyt łatwa w aplikacji.


Zakupiłam także błyszczyk mineralny Kobo Pearl 'N' Mineral, odcień 105 Sweet Orange [z jakiegoś powodu nie mogę załadować na bloga jego zdjęcia, może później się uda]. Cena 6,99 zł, bo ważny do końca roku, ale kolor jest świetny, bo jako półtransparentny pomarańcz daje na ustach efekt zbliżony do nude, ale nie jest to jeszcze typowy nude - przy moich dość ciemnoróżowych ustach daje rozjaśnienie do jasnego różu wpadającego w odcień nude.

I to już koniec zakupów. Chciałam jeszcze kupić wypiekane cienie z Rimmela, ale jakoś żaden zestaw mnie nie powalił, chociaż może to przez to, że dzisiaj w mojej Naturze zostały z tych cieni naprawdę resztki - widocznie wczoraj miały niezłe wzięcie ;) Możecie się śmiać, że niemal wszystko w promocji - no faktycznie w tym miesiącu jakoś tak wyszło. Ale to pokazuje, że promocje są fajne, bo dzięki nim możemy przetestować mnóstwo nowych produktów, na które szkoda nam pieniędzy, gdy chodzą po cenie regularnej, zwłaszcza jeśli któryś nas nie zadowoli.

Podpatrzyłyście coś ciekawego? ;)

niedziela, 29 lipca 2012

Baza pod cienie Kobo - wstępna recenzja

Hej!

Dziś próba wstępnej recenzji Bazy z Kobo - wiem, że jesteście jej bardzo ciekawe, dlatego postanowiłam napisać co nieco o niej już teraz, ale wiadomo, że w tej chwili nie wiem jeszcze jak bardzo będzie ona wydajna (choć na razie zużycie jest naprawdę niewielkie, więc pewnie starczy przynajmniej na te 6 miesięcy. Niektóre dziewczyny skarżyły się też na to, że baza po paru miesiącach gęstnieje i robi się tempa, Ale z tego co wiem na to powinny pomóc ok. 2 krople rycyny, więc jakoś mocno się tym nie martwię. Oczywiście dam Wam znać czy faktycznie baza twardnieje.

No to zaczynamy...

Baza prezentuje się tak:

Za 6 g zapłaciłam w Naturze 16,99 zł. Moja jest ważna ponad 2 lata, więc spokojnie zdążę ją zdenkować do tego czasu. 

Jest to moja pierwsza typowa baza pod cienie (wcześniej używałam kredek oraz kremowych korektorów), więc nie mogę jej porównać z żadną inną niestety. Czytałam, że jest to tańszy odpowiednik bazy Artdeco.

Opis producenta: Wygładzająca i utrwalająca baza pod cienie MONO EYE SHADOW i PURE PEARL PIGMENT. Poprawia intensywność koloru, trwałość cieni i ułatwia aplikację.

Moja opinia: Baza w słoiczku ma kolor cielisty, w praktyce jest ona bardziej transparentna. W moim przypadku stanowi to niewielki minus - na moich powiekach często widoczne są żyłki lub drobne zasinienia, dlatego przed aplikacją bazy nakładam na powiekę odrobinę podkładu mineralnego lub korektora. Jeśli chodzi o opakowanie, to niektóre dziewczyny twierdzą, że wieczko nie da się do końca właściwie zakręcić i przez to baza zasycha i twardnieje. Szczerze mówiąc moja baza zakręca się idealnie i nie mam z tym żadnych problemów. Być może faktycznie coś było nie tak z zakręcaniem i producent już to zmienił. Jedyne moje obawy związane z opakowaniem dotyczą tego, że być może trudno będzie wydobywać kosmetyk ze słoiczka, gdy będzie się on już kończył.

EDIT: Używam bazy Kobo już 7 miesięcy i UWAGA UWAGA - nie stwardniała! ;) Ba, zrobiła się nawet bardziej miękka. Faktycznie musi to być kwestia dokładnego zakręcania słoiczka. Moja nakrętka po jakimś czasie też wyrobiła się tak, że trochę trudniej się zakręca słoiczek z bazą, jednak wystarczy odrobina dokładności, żeby dokładnie dokręcić nakrętkę i problem mamy z głowy ;)

Bazę łatwo się aplikuje, dobrze się rozciera, wygładza powiekę. Bazę trzeba dokładnie rozetrzeć, by się  nie wałkowała, ale to również nie sprawia trudności i jest to krótka czynność. Kolory niektórych cieni podbija bardziej, innych mniej, o czym można się przekonać patrząc na zdjęcie poniżej:

Cień niebieski pochodzi z paletki Sleek Darks. Po lewej stronie jest nałożony bez bazy, po prawej z bazą. Jak widać kolor na bazie jest bardziej intensywny, prześwity są mniejsze. Koralowy cień pochodzi z paletki My Secret Spring 2011. Tak samo po lewej stronie jest bez bazy, po prawej z bazą. Tu baza również podbiła kolor, ale nie tak mocno jak w przypadku Sleeka. Zapewne wynika to z tego, że cień My Secret sam w sobie jest mocno napigmentowany.

Cienie na bazie dobrze się rozprowadzają.

Jeśli chodzi o trwałość, to u mnie makijaż wykonany na tej bazie trzyma się cały dzień. Jedynie cień z Catrice pod wieczór nieco wyblakł, ale nadal był widoczny. Inne cienie trzymają się na niej bez zarzutu. Ja mam  lekko tłuszczące się powieki, dlatego żeby opinia o trwałości była bardziej obiektywna przeprowadziłam test bazy również na mojej siostrze, która ma wybitnie tłuste powieki. Na bazę nałożyłam matowe cienie Sleeka, które w przypadku mojej siostry bez użycia bazy lub przy użyciu jako bazy kremowego korektora po kilku godzinach zbierają się w załamaniu. Okazało się, że na bazie z Kobo matowe Sleeki na powiekach mojej siostry bez zarzutu wytrzymały cały dzień.

Podsumowując:

 + spełnia obietnice producenta - przedłuża trwałość makijażu, podbija kolor
 + łatwa w aplikacji
 + długi okres ważności
 + cena
 + eleganckie opakowanie
 + po około 6 miesiącach używania zaczęła lekko mięknąć, a nie twardnąć, jak niektórzy piszą, więc spokojnie jestem w stanie zużyć ją do końca

 - w moim przypadku transparentność, gdyż nie pokrywa zasinień i żyłek na moich powiekach
 - po jakimś czasie słoiczek trudniej się zakręca i trzeba robić to naprawdę dokładnie, by do środka nie dostawało się powietrze i by baza przez to nie twardniała
 - z opakowania ścierają się napisy
 - po jakimś czasie zapach bazy zaczyna się robić trochę chemiczny, nie tak przyjemny jak na początku

Myślę, że jak na pierwszą w moim życiu typową bazę pod cienie jest to naprawdę dobry zakup i szczerze ją polecam.

Ocena: 4/5