wtorek, 12 marca 2013

Przedwiosenne zakupy :)

Hej :)

Mam na imię Kasia i jestem kosmetyczną zakupoholiczką. Nie kupuję od niedzieli - teraz wygrywam w rozdaniach, haha :D Ale moją ostatnią wygraną będę chwalić się później ;) Dzisiaj o zakupach. O dziwo te drogeryjne są naprawdę niewielkie, jak na mój talent (5 rzeczy, w dodatku tanich). Zakupy internetowe natomiast robią już wrażenie - okazje na Allegro to zło :D Poza tym po powrocie zimy trzeba jakoś poprawić sobie humor, więc teraz siedzę w domu i cieszę oczy moimi nowymi cudeńkami ;)


Zacznijmy od największych perełek, czyli rzeczy zakupionych w MintiShop, które dotarły do mnie dziś w południe. Tutaj, jak widać na zdjęciu powyżej, znalazły się rzeczy, które chciałam mieć od dawna. W zasadzie całym winowajcą tych zakupów jest rozświetlacz Mary-Lou Manizer marki The Balm, który ostatnio robi się trudno dostępny, nawet w internecie. Od paru tygodni byłam pewna, że chcę go kupić - naoglądałam się tylu zdjęć, swatchy, makijaży, recenzji, że nie miałam już żadnych wątpliwości. Gdy tylko pojawił się w MintiShop po krótkiej całkowitej niedostępności w polskich sklepach internetowych, po prostu musiałam go kupić. A jak już robić zakupy w internecie, to nie małe przecież, bo się nie opłaca, zwłaszcza że w tym sklepie jest tyle fajnych rzeczy :D

Przejdźmy zatem do zdobyczy z MintiShop:




Sprawca całego zamieszania, czyli rozświetlacz The Balm Mary-Lou Manizer. Kosztował mnie niecałe 62 zł za 8,5 g. Pierwsze wrażenie robi całkiem niezłe - efektowne opakowanie (i nie mam tu na myśli obrazka na wieczku :P), wspaniała pigmentacja i piękny kolor :)


Jak już kupiłam rozświetlacz, to stwierdziłam że warto kupić wreszcie porządny pędzel do rozświetlacza Początkowo myślałam o Hakuro H22, ale akurat sklep nie miał go na stanie. Można było dostać natomiast w promocyjnej cenie (30 zł) pędzel Real Techniques Setting Brush. Jest to moje pierwsze podejście do pędzli tej marki - zobaczymy jak ten konkretny egzemplarz będzie się sprawować. Jeśli mi się spodoba, nie wykluczam zakupu kolejnych pędzli tej marki, zwłaszcza że w oko wpadł mi jeszcze ten rozkładany kabuki :D Kupiłam też pędzel do oczu e.l.f. smudge brush - do rozcierania kresek i rozprowadzania cienia na dolnej powiece. Planowałam co prawda kupować taki pędzel marki Lancrone, no ale sklep akurat miał na stanie markę e.l.f. Pędzelek jak pędzelek, nie jest raczej szczególnie dobrze wykonany. Wyleciało już nawet z niego kilka włosków, ale może po myciu mu przejdzie. No czego chcieć od pędzla za 7,90 zł? ;) Ale jak będzie się dobrze sprawować i przestanie się kłaczyć, to zamówię jeszcze jedną sztukę.



Kolejne są już zakupy włosowe i tutaj mamy szczotkę Tangle Teezer, model Salon Elite, kolor Posh Purple, czyli fioletowy. Długo zastanawiałam się czy wybrać właśnie tą klasyczną wersję w moim ukochanym fiolecie czy może jednak zdecydować się na Aqua Splash, zwłaszcza że mam spore problemy z rozczesywaniem na mokro. W końcu kupiłam klasyk, bo wydaje mi się, że powinien być bardziej uniwersalny. Używałam już go na sucho i bardzo mi się spodobał. Zobaczymy jak będzie z rozczesywaniem mokrych włosów ;) Szczotka kosztowała mnie 52,90 zł, czyli dużo jak na szczotkę do włosów, ale mam nadzieję, że jest tych pieniędzy warta.


Ostatnim zakupem w MintiShop były suche szampony Batiste, które od dawna chciałam wypróbować, no i podczas tych zakupów nadarzyła się okazja, żeby dorzucić je do paczki (zamawianie przez internet samych suchych szamponów jest nieopłacalne, gdy doliczymy koszty wysyłki, no chyba że ktoś kupuje tego nie wiadomo ile). Na początek zdecydowałam się na opakowanie 200 ml wersji Medium & Brunette, czyli do włosów brązowych (niestety nie ma wersji dla rudzielców :P). Kupiłam jeszcze małe opakowanie (50 ml) wersji Blush o zapachu kwiatowo-owocowym - specjalnie wzięłam małe opakowanie tej wersji zapachowej, żeby sprawdzić czy nadaje się do włosów ciemniejszych niż blond (czytaj: czy nie zostawia jasnych śladów). No i myślę, że ten maluch będzie fajny na wyjazdy, a właśnie szykuje mi się kilka wyjazdów w kwietniu, więc będzie mieć wtedy swoje 5 minut ;) Za opakowanie 200 ml zapłaciłam 16,99 zł, a za 50 ml 7,99 zł.


Teraz omówię Wam króciutko inne zakupy, bo nimi nie jestem tak podjarana, jak tymi z MintiShop, a to z tej racji, że głównie są to rzeczy które gdzieś tam dorwałam w okazyjnej cenie i po prostu mogą się przydać. Nie są to natomiast rzeczy, które kusiły mnie nie wiadomo ile czasu, jak te przedstawione powyżej.


Powyższy zestawik wylicytowałam na Allegro za 40 zł. Była w nim jeszcze jakaś szminka Avon, ale poszła już w świat, bo mi nie odpowiadała. Mamy tutaj mineralny podkład kryjący Annabelle Minerals w kolorze Natural Light, niemal nieużywany. Zatem za sam podkład zamawiając ze strony producenta zapłaciłabym więcej, a tutaj jest jeszcze tyle innych fantów: cienie Essence Quatro w kolorze 03 vamp it up (praktycznie nieruszane), podwójne cienie Essence w kolorze 06 perfect match (miałyście okazję je widzieć w notce o ratowaniu pokruszonych cieni, bo właśnie ta ciemniejsza zieleń grała tam rolę główną), cień My Secret "Magic Dust" nr 202 (chłodne, jasne złoto z drobinkami), wyjęta z paletki miniatura bronzera Hoola Benefit (raczej oryginał - pasuje do wszelkich opisów w recenzji pod względem koloru, pigmentacji, wykończenia), korektor rozświetlający w gąbeczce marki Lancaster i pędzel języczkowy do podkładu Yves Rocher (którego ja używam oczywiście do nakładania maseczek i peelingu enzymatycznego, bo nie lubię tego robić palcami). Myślę, że 40 zł + wysyłka, to naprawdę niezła cena za taki zestaw, który kupowałam w sumie dla podkładu, a wyszło tyle gratisów ;)


Sprawcą kolejnej zbrodni zakupowej jest kremowa pomadka Manhattan Soft Mat, kolor 45 H, czyli piękna czerwień, niby intensywna, a jednak lekko stonowana i przygaszona. Uwielbiam ten kolor! Wylicytowałam go u sprzedawcy, który zajmuje się sprzedażą kosmetyków powystawowych, które są nieużywane, ale nie mają folii ochronnych i stąd tak niska cena. Szminkę kupiłam za 4 zł, a że płaciłam 10 zł za wysyłkę, niezależnie od liczby zakupionych przedmiotów, to trzeba było kupić coś jeszcze, żeby się opłacało. Dokupiłam więc: niebieski eyeliner w kałamarzu marki Manhattan (ok. 4 zł), konturówkę do ust Maybelline Hydra Extreme w kolorze czerwonym (57 Red) (akurat czegoś takiego mi w moim zbiorku brakowało, bo do tej pory miałam tylko bardzo ciemną czerwień), lakier do paznokci Rimmel French Manicure, 439 Rose Corset (nudziaków nigdy za wiele, zwłaszcza że ja mam ich naprawdę niewiele) i lakier do paznokci Delia Las Vegas nr 507 (czarny z wielkim, chamskim, kolorowym brokatem - nie wiem co mnie podkusiło, żeby go kupić, chyba byłam wtedy przed okresem :P). Za wszystkie rzeczy zapłaciłam 30 zł, wliczając w to wysyłkę, więc myślę, że warto.


Na zdjęciu powyżej mamy natomiast zakupy drogeryjne. Są tu 4 lakiery do paznokci Wibo z limitowanej edycji Nail Obsession, tworzonej przez blogerki (o czym pewnie wszyscy wiedzą). Trochę już o nich pisałam i nawet prezentowałam Wam kolory trzech z nich. Podsumuję krótko, że posiadam: 3 Zielona Fantazja (dość intensywna, groszkowa zieleń), 6 Roziskrzone Niebo (średni, dość ciepły fiolet, odbijający światło na niebiesko), 7 Blue Lake (jasny, intensywny niebieski, wręcz taki jasny turkus) i 8 Mint Sorbet (rozbielona, dość ciepła zieleń, z widocznymi w świetle dziennym subtelnymi niebieskimi drobinkami). Każdy z lakierów kosztował 5,99 zł za 8,5 ml. Myślę, że jest to fajne wiosenne odświeżenie dla mojego małego zbiorku lakierowego. 

Będąc w Hebe kupiłam korektor w płynie Maybelline Affinitone w kolorze 01 Nude Beige (czyli najjaśniejszym). Kosztował 17,99 zł, więc naprawdę się opłacało, a mnie akurat parę dni wcześniej skończył się Rimmel Hide The Blemish (pokazywałam w denku lutowym), który był moim korektorem torebkowym (znaczy uniwersalnym) i potrzebowałam następcy. Wiele z Was pisało w recenzjach, że jest bardzo przyjemny, a przy tym uniwersalny, no to postanowiłam spróbować.

To już koniec moich grzechów zakupowych. Czuję się zakupowo spełniona, chwilowo :P A tak serio to faktycznie muszę przystopować i ograniczyć się tylko do rzeczy niezbędnych, bo niedługo mam kolejny egzamin za prawo jazdy i nie wiem czy zdam :P Muszę dokupić kolejne godziny w szkole jazdy. No i szykuje mi się trochę wyjazdów w ciągu najbliższego miesiąca, a to też są koszta. Jutro skoczę tylko do Hebe polować na obniżkę 40% na markę Maybelline, bo skończył mi się eyeliner żelowy i to czarny, a bez niego życie jest ciężkie :P Trzymajcie kciuki, żeby nie podkusiło mnie na większe zakupy ;)

Też macie tak czasem, że ulegacie okazyjnym cenom i zakup jednej rzeczy pociąga za sobą lawinę zakupową? ;)


poniedziałek, 11 marca 2013

Błyszczyki Kobo Pearl 'N' Mineral: 105 i 115

Hej :)

Dzisiaj krótko o błyszczykach Kobo Pearl 'N' Mineral. Nie przeraźcie się ich zdjęciem, na którym są rozwarstwione - nie używam ich od grudnia, bo straciły wtedy ważność Zostawiłam je w swoim zbiorku, żeby je zrecenzować i jakoś tak o nich zapomniałam Akurat w weekend robiłam porządki w kolorówce i te błyszczyki wpadły mi w ręce. Chcę je wrzucić do marcowego denka, skoro i tak już się nie nadają do użycia, więc oto recenzja ;)


Naprawdę żałuję, że nie zrobiłam im zdjęć jesienią, no ale mówi się trudno ;) Błyszczyki kupiłam na wyprzedażach Kobo w Naturze pod koniec lata kosztowały wtedy ok 7 zł za 10 ml, a cena regularna to ok 17 zł, więc moim zdaniem opłacało się wziąć coś na wypróbowanie, zwłaszcza gdy złapałyśmy sztukę z kilkumiesięczną datą ważności (kosmetyki Kobo mają podaną na opakowaniu konkretną datę ważności). Ja kupiłam wówczas kolor nr 105  Sweet Orange i 115 Forest Fruits

Co obiecuje nam producent?


Moja opinia:
Co do każdego z tych błyszczyków mam trochę inne zdanie.

Nr 105 Sweet Orange to jaśniutki pastelowy pomarańcz ze złotymi i różowymi drobinkami, które są bardzo subtelne i prawie niewidoczne Na "gołych" ustach daje efekt rozjaśnienia Rozjaśnia też szminki, gdy jest na nie aplikowany lub nadaje im odcień bardziej nude. Kolor jest zatem dość mylny, bo w praktyce daje bardziej nudziakowy niż pomarańczowawy efekt. Krycie jest półtransparentne. Niestety używałam go bardzo mało, bo okazuje się, że wywołuje u mnie uczucie pieczenia i szczypania ust, jak kilka innych błyszczyków Kobo, z którymi miałam styczność Czy któraś z Was też tak miała? Naprawdę szkoda, bo kolor jest dość fajny i sporo dziewczyn go sobie chwali



Nr 115 Forest Fruits faktycznie ma adekwatną nazwę - wygląda jak jakiś mus czy inny wyciąg z leśnych owoców. Powiedziałabym, że ma kolor takiej truskawkowej ciapki (ale porównanie :P) Ma w sobie bardzo subtelne srebrne i wyraźne niebieskie drobinki. Daje na ustach dość dobre krycie i kolor na ustach jest dokładnie taki sam jak w opakowaniu. Ten odcień nie wywołał u mnie żadnej nieprzyjemnej reakcji na ustach, a kolor bardzo mi odpowiadał, więc używałam go namiętnie i wylądował w moich ulubieńcach 2012 roku :)

Oba błyszczyki nie daję ekstremalnego błysku na ustach, tylko taki subtelny Opakowanie jest w porządku, wizualnie nawet mi się podoba Aplikatorowi też nie mam nic do zarzucenia Niektóre dziewczyny narzekały, że opakowanie jest straszne, bo błyszczyk wyciekał im po bokach - u mnie nic takiego się nie działo, a nosiłam je nawet w torebce i nie stała się żadna katastrofa. Co do trwałości, to oba błyszczyki są bardziej trwałe niż przeciętny błyszczyk, mimo że się nie kleją Wytrzymywały na moich ustach do 4-5 godzin bez jedzenia i picia. Po posiłku wymagały poprawki, jednak w przypadku nr 115 nawet po jedzeniu było go jeszcze trochę widać na ustach, no chyba że posiłek był naprawdę solidny. Nie wypowiem się na temat zapachu, bo zwyczajnie go nie pamiętam, a teraz gdy są przeterminowane, błyszczyki pachną bardzo chemicznie - za czasów ich świetności na pewno tak nie pachniały, bo nie byłabym w stanie ich używać ;)

Podsumowując: Błyszczyki Kobo najwyraźniej moim ustom nie służą, dlatego nie skuszę się już na żadne błyszczykowe nowości z tej marki Natomiast bardzo przypadł mi do gustu kolor 115, który nie robił mi krzywdy i ma moim zdaniem świetny kolor, dlatego gdy nadarzy się okazja, pewnie kupię go ponownie Jest dość trwały, daje dobre krycie, nie klei się, ma piękny kolor (świetnie się sprawdzał do makijaży dziennych i wieczorowych), jest go aż 10 ml - czego chcieć więcej? ;)

Ocena: nr 105 - 2 (za podrażnianie ust i słabe krycie)
             nr 115 - 5

Niby dwa takie same produkty, a jak różne oceny ;) Moim zdaniem można spróbować, zwłaszcza gdy się trafi na promocję, bo kolory tych błyszczyków są naprawdę piękne, ale jak widać po mnie - nie każdemu te błyszczyki dobrze służą

W ogóle to ostatnio w toruńskiej Naturze nie widuję tych błyszczyków. Nie wiem - może je wycofano? Uświadomcie mnie, jeśli wiecie :) Wolałabym, żeby były w sprzedaży, bo uwielbiam kolor 115 - chyba najlepszy błyszczyk, jaki miałam.

Miałyście styczność z tymi błyszczykami? :)


niedziela, 10 marca 2013

Cieniowana kreska

Hej :)

Parę dni temu wspominałam Wam o filmiku 82inez z cieniowaną kreską w roli głównej. Zainspirował mnie on na tyle, że postanowiłam sama wypróbować ten typ makijażu. Efekty prezentuję poniżej.



Na zdjęciach kreska wygląda niestety na dość delikatną, ponieważ wykonywałam zdjęcia przy użyciu lampy błyskowej - ach ta wspaniała szarość za oknem... :/ Wydaje mi się, że generalnie kreska byłaby bardziej wyrazista i efektowna, gdybym użyła ciemniejszych i bardziej intensywnych kolorów - następnym razem na pewno tak zrobię.

A jak wykonałam ową cieniowaną kreskę? To bardzo proste. Najpierw wyrównałam koloryt powieki. Następnie użyłam białej kredki jako bazy. Wyrysowałam nią kreskę dokładnie w takim kształcie, jaki chciałam uzyskać potem cieniami. Kolorowe cienie fajnie przyklejają się do tej kredki, a jej biały kolor podbija kolory nakładanych cieni. Cieniowanie zaczęłam od zewnętrznego kącika. Skośnym pędzelkiem do kresek nałożyłam ciemny perłowy fiolet (z jakiejś paletki Essence Quatro, nie pamiętam z której dokładnie). Obok niego, aż do początku tęczówki nałożyłam tym samym pędzelkiem perłowy jasny fiolet z paletki Sleek Snapshots. Obok niego nałożyłam liliowo-różowy cień, opalizujący na złoto z paletki Sleek Oh So Special. Na koniec blisko wewnętrznego kącika zakończyłam kreskę szampańskim złotem (którego na zdjęciach zbytnio nie widać :/) z paletki Sleek Au Naturel. Żeby na dolnej powiece nie było pusto wylądowała na niej ciemna perłowa szarość (paletka Essence Quatro), bliżej wewnętrznego kącika roztarta kością słoniową (Sleek Oh So Special). Ta szarość całkiem przyjemnie współgrała z fioletem z zewnętrznego kącika. Na koniec wytuszowałam rzęsy. Można też dołożyć jasną lub ciemną kreskę na linię wodną - co kto woli ;)

Co sądzicie o pomyśle z cieniowaną kreską? Mnie taki makijaż bardzo przypadł do gustu, ale wiem, że robię w nim jeszcze błędy - muszę używać ciemniejszych kolorów i zadbać o lepsze roztarcie. Ale takie kreski są naprawdę łatwe i przyjemne w wykonaniu, bo kształt nadawany białą kredką łatwo poprawiać :) Skusicie się na taki eksperyment? :)


sobota, 9 marca 2013

Pielęgnacja włosów w lutym

Hej :)

Tym razem trochę o pielęgnacji moich włosów. Jakoś nie mogłam długo zabrać się za tę notkę, mimo że luty dawno się skończył. Myślałam, że nie będę miała za bardzo o czym pisać, no ale tak w zasadzie w lutym trochę w życiu moich włosów się działo ;) Zdradzę Wam tylko, że mimo że w poprzednim miesiącu nie miałam za bardzo czasu dbać o włosy (przez choróbska i ciągłe wyjazdy), wyglądają one znacznie lepiej niż na zdjęciach z początku lutego, co jest dla mnie ogromnym szokiem, ale i powodem do radości :) Jeżeli jesteście ciekawe szczegółów, zapraszam do czytania.

Zacznę może od tego, że około 7 lutego poszłam do mojej ulubionej fryzjerki, która skróciła mi włosy o jakieś o 7cm. Denerwowały mnie suche, sianowate, porozdwajane końcówki, trudne do rozczesywania, więc postanowiłam się z nimi nie pieścić i po prostu je ściąć - wolę mieć włosy krótsze, ale zdrowe i zadbane. Wizyta u fryzjera była oczywiście strzałem w dziesiątkę, bo pozbyłam się oczywiście zniszczonych końcówek i o tę długość włosów, która mi pozostała, łatwiej mi dbać (a przede wszystkim łatwiej rozczesywać i układać). Zużywam mniejszą ilość kosmetyków pielęgnacyjnych, bo włosy są krótsze, więc i mój portfel bardzo się cieszy. Dobrze się czuję w tej długości włosów. Co prawda trudniej je związywać w kitkę (aktualnie już tylko najkrótsze włosy z przodu nie dają się związać), ale dzięki temu częściej noszę włosy rozpuszczone, dzięki czemu włosy mniej się niszczą. Kitka czy koczek jednak bardziej osłabia włosy w miejscu wiązania oraz cebulki włosowe. A tak podpinam tylko grzywkę (i to nie wsuwką, tylko spinką), żeby mi nie przeszkadzała, albo zakładam opaskę i fryzura gotowa :)

Przy okazji pokażę Wam jakie akcesoria do włosów zakupiłam w różnych miejscach:



W sklepie indyjskim kupiłam za grosze elastyczne opaski do włosów, które nie mają metalowych elementów. Przydają się głównie w domu, ale czasami robię przy ich pomocy jakąś fryzurę na wyjście. Sprawdzają się nawet jako gumki do koków.


Kupiłam też takie duże, czarne spinki do podpinania mojej niesfornej grzywki (ale mi się zrymowało :P). Dobrze się sprawdzają przy moich gęstych włosach.


U mojej konsultantki Avon zamówiłam dwustronny grzebień z mocnym szpikulcem z tworzywa sztucznego. Było to związane z tym, że mojemu staremu grzebieniowi z powyłamywanymi ząbkami i wypadającym już metalowym szpikulcem, należała się już emerytura ;)


W SuperPharm za 6,99 zł kupiłam 2 opakowania Skrzyp Optimal - uznałam, że skoro mam problemu ze skórą, włosami i paznokciami, mój organizm potrzebuje suplementacji. Tabletki już mam, tylko problem polega na tym, że nie zawsze pamiętam o ich łykaniu :P

Włosy nadal olejuję olejkiem łopianowym z papryką Green Pharmacy oraz olejkiem Alterry z papają i słodkimi migdałami. Od czasu do czasu zamiast Alterry używam olejku kokosowego Alverde, ale wolę chyba bardziej Alterrę - olejek Alverde natomiast świetnie sprawdza mi się do wzmacniania właściwości nawilżających balsamów do ciała :) Niestety ostatnio przez te choróbska i wyjazdy trudno mi się zmobilizować do częstego olejowania i robię to tylko raz w tygodniu :(

Jeśli chodzi o pielęgnację, to zbytnio się ona nie zmieniła. Nadal używam nagminnie szamponu Babydream. Odkryłam nawet, że sprawdza się on u mnie nie tylko do spłukiwania olejów i mycia pędzli do makijażu, ale również jest świetnym szamponem do zwykłego mycia włosów - wbrew moim obawom nie daje efektu sianowatych włosów :) Pozostanę mu wierna na długo. Szkoda tylko, że Rossmann ostatnio podniósł jego cenę z 3,99 zł na 4,99 zł - pewnie przez to, że szampon ten stał się taki popularny. Pozostaje czekać na promocję i zaopatrzyć się wtedy w większą ilość, bo ja zużywam naprawdę ogromne ilości tego szamponu, przez to, że ma u mnie tyle zastosowań ;) 

W związku z tym, że moje włosy szybko przyzwyczajają się do danego szamponu, potrzebuję jeszcze szamponu-zmiennika. Green Pharmacy nie za bardzo się u mnie sprawdził. Ostatnio zaczęłam testować szampon L'Biotica Biovax do włosów suchych i zniszczonych, ale używam go od kilku dni, więc nie będę jeszcze wydawać werdyktu ;)

Nowości w lutowej pielęgnacji włosów


Przynajmniej raz w tygodniu (choć wiem, że powinnam robić to dwa razy w tygodniu) nakładam na włosy maskę - tutaj nadal prym wiedzie Biovax L'Biotica. Do tej pory używałam wersji Latte do odbudowy włosów osłabionych. Jakieś 3 tygodnie temu kupiłam jeszcze wersję do włosów farbowanych, co do której na razie mam mieszane uczucia. Żałuję trochę, że w moim SuperPharm nie ma większego wyboru tych masek i ciężko mi coś dopasować do moich suchych włosów, tak by je nawilżać, a nie ciągle tylko proteinować, bo z tym nie wolno przesadzać (maseczka Latte głównie proteinuje włosy). Trzeba będzie poszukać fajnej maski nawilżającej w ofercie innych producentów.

Jako odżywki bez spłukiwania używałam do niedawna balsamu nawilżająco-regenerującego Joanny z Apteczki Babuni. Obecne opakowanie jednak mi się kończy i do tego mam wrażenie, że włosy przyzwyczaiły się już nieco do tej odżywki, więc chwilowo odstawiłam ją na rzecz dwufazowej odżywki w spray'u L'Biotica Biovax Quick Latte do włosów osłabionych. Używam jej od miesiąca. Odżywka ta świetnie nawilża i sprawia, że moje włosy lepiej się układają - w moim przypadku wzmacnia kręcenie się włosów. Trzeba jednak uważać z ilością, bo odżywka ta może obciążać włosy.

Do połowy lutego do zabezpieczenia końcówek używałam jedwabiu Biosilk. Korzystając z promocji na Biovax w SuperPharm postanowiłam przestawić się na coś zdrowszego i kupiłam serum wzmacniające A+E L'Biotica. Biosilk zostawiłam natomiast na te rzadkie przypadki, gdy poddaję włosy działaniu wysokiej temperatury, bo przy tym sprawdzi się pewnie lepiej niż to serum. Na razie o działaniu serum się nie wypowiem, bo mam je za krótko.

Dobra - pewnie znudziła Was już ta gadka o kosmetykach do pielęgnacji włosów, więc pokażę Wam wreszcie jak obecnie wyglądają moje włosy :)

To stan z 1 lutego:



A to stan z dzisiaj, czyli 9 marca:



Nie wiem jak to się stało, ale mimo że nie miałam czasu na jakąś wybitną pielęgnację włosów przez ostatnie kilka tygodni, ich stan widocznie się poprawił - nie są takie sianowate, mimo że przed zrobieniem wszystkich zdjęć zostały umyte, wysuszone naturalnie i dokładnie rozczesane, a tu taka różnica. Obecnie włosy są bardziej nawilżone, bardziej lśniące, nawet się za bardzo nie elektryzują mimo noszenia czapki. No i jak ładnie zaczęły się kręcić - wreszcie widać ich kształt :) Zauważyłam też, że znacznie łatwiej się je rozczesuje, co zdemotywowało mnie do kupna Tangle Teezera :D Może skuszę się na wesję Aqua Splash, bo czasami mam problemy z rozczesywaniem, gdy włosy są mokre lub gdy nakładam maseczkę.

Jestem zadowolona z efektów mojej już ponad 2-miesięcznej świadomej pielęgnacji włosów i czuję się zmotywowana do jej kontynuacji, bo wiem że może być jeszcze lepiej. Szkoda tylko, że zbliża się czas farbowania i będę musiała biedakom znowu dokopać (ostatnio, o zgrozo, farbowałam włosy przed Sylwestrem, ale dzięki temu, że u nasady jest jaśniejsza farba, odrosty nie rzucają się w oczy :D). Może kiedyś pomyślę o przerzuceniu się na hennę? Zobaczymy. Włosomaniaczką jeszcze nie jestem, więc nie będę pewnie popadać w jakieś paranoje z tym farbowaniem - w końcu nikt nie jest idealny ;)

Co myślicie o moich postępach w pielęgnacji włosów? Może macie jakieś ciekawe produkty do polecenia? I dajcie znać jak aktualnie mają się Wasze włosy :)


Inspiracje ostatniego miesiąca

Witajcie :)

Dziś zaprezentuję Wam co zainspirowało mnie w ciągu ostatnich paru tygodni. Będą to głównie tematy urodowe, trochę DIY. Jeżeli jesteście ciekawe, zapraszam do dalszej lektury :)

1) Filmik nieesia25 na YouTube o samodzielnym wykonaniu humanitarnych gumek do włosów, czyli Twistband. Będę musiała w końcu znaleźć jakąś fajną pasmanterię w Toruniu i stworzyć swoje własne gumki, bo wyglądają świetnie nie tylko na włosach, ale też np. jako bransoletka. Jeżeli jesteście zainteresowane, odsyłam do filmiku Niesi: http://www.youtube.com/watch?v=AlPHcfZDApM


2) Kolejną inspiracją znowu jest filmik na YouTube, tym razem stworzony przez 82inez o kolorowej, cieniowanej kresce. Obejrzałam go dopiero kilka dni temu, więc jeszcze nie miałam czasu, by go wypróbować, bo ostatnio rano ciągle się spieszyłam do wyjścia i makijaż oka ograniczałam do zwykłej kredki i tuszowania rzęs. Może jutro uda mi się go wypróbować - wrzucę fotki, jeżeli moja radosna twórczość będzie się nadawać do pokazania światu. A filmik Agnieszki znajdziecie tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=BEc-9-eNesM


3) Następną inspiracją jest filmik o decoupage na kanale domowatv, również na YT: http://www.youtube.com/watch?v=E09y20GRhsU . Na razie brakuje mi czasu i odwagi, żeby spróbować sił w tej dziedzinie, ale może kiedyś się zdecyduję ;)



4) Spodobał mi się też film wpis Aliny o samodzielnym wykonaniu drzewka-stojaka na biżuterię: http://www.alinarose.pl/2013/03/diy-drzewko-na-bizuterie-jak-je-wykonac.html . Sama chyba pójdę na łatwiznę i kiedyś kupię gotowe drzewko gdzieś w sieci, ale jestem naprawdę pod wrażeniem tego pomysłu :)

5) Zwróciłam też szczególną uwagę na wpis Blanki z bloga Mój Zakupoholizm o kremowaniu włosów: http://mojzakupoholizm.blogspot.com/2013/02/kremowanie-wosow.html . Być może kiedyś sama spróbuję? ;)

6) Zainteresował mnie też najnowszy wpis Obsession o kosmetykach azjatyckich. Szczególnie spodobał mi się wygląd ich opakowań - myślę, że kupiłabym taki tusz do rzęs z główką kota, czy coś w tym stylu, gdybym miała okazję przebywać w tamtych stronach. Wpis Obsession znajdziecie tutaj: http://somethingtodoff.blogspot.com/2013/03/kosmetyki-azjatyckie-part-ii.html

7) Inspirujący był także filmik Karoliny z kanału stylizacje2 o przetapianiu szminek i zrobieniu z nich paletki. Pewnie wykorzystam ten pomysł, gdy będę mieć kilka szminek na wykończeniu, by zużyć ich resztki. Filmik znajdziecie tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=1nqZG9duVwA



8) Widziałam jeszcze kilka filmików o robieniu koka na skarpetę. Ja chyba wolę kupić do tego celu zwykły wypełniacz, zwłaszcza że w H&M kosztuje ok. 10 zł, bo w zwykły wypełniacz możemy wbijać wsuwki i szpilki. Ale motyw ze skarpetą też fajny - może wypróbuję ;) Jeszcze widziałam kolejny patent na humanitarne gumki do włosów z rajstop - nie pamiętam na czyim blogu, więc nie zamieszczę linka. Polegało to na odcięciu ściągacza od pończochy i zwinięciu krawędzi do środka, by utworzył on rulon, który posłuży nam za gumkę do włosów :)

Zainteresowała Was któraś z moich inspiracji ostatnich tygodni? A może podzielicie się własnymi tego typu inspiracjami? :)


Kolejna odsłona Wibo Nail Obsession: 3 Zielona Fantazja i 6 Roziskrzone Niebo

Witajcie :)

Dzisiaj mój wolontariat odbywał się w centrum miasta. Wracając do domu miałam więc po drodze Rossmanna i oczywiście nie oparłam się pokusie kupna jeszcze dwóch lakierów Wibo z blogerskiej serii Nail Obsession, które chodziły mi po głowie. I tak w mojej kosmetyczce zawitały dziś kolory 3 Zielona Fantazja, zaprojektowany przez  Bernadettę i 6 Roziskrzone Niebo, zaprojektowany przez Miratell. Dziś zobaczycie w akcji tylko ten pierwszy kolorek i to w sumie w nienajlepszym wydaniu, bo odświeżałam nim na szybko mój dwudniowy mani, wykonany lakierem 8 Mint Sorbet. Te dwa odcienie zieleni bardzo ładnie mi się zgrały ;)


Tak wyglądają moje nowe nabytki. Zielona fantazja, to dość intensywna, ale nie neonowa (na moje szczęście) ciepła zieleń. Mogłabym ją porównać do koloru zielonego groszku. Roziskrzone Niebo to podobno fiolet opalizujący nieco na niebiesko - jak jest w rzeczywistości, zweryfikuję jutro, bo przed wieczornym wyjściem zamierzam wykonać imprezkowe mani przy pomocy tego lakieru i mojego nowego lakieru Delia Las Vegas :)





A tak prezentuje się mój niezbyt wybitny mani (wybaczcie, że taki odświeżany i nie jakiś bardzo staranny, ale chciałam Wam pokazać tą zieleń, poza tym te lakiery robią straszne smugi, więc zrobienie ładnego mani nie jest w ich przypadku takie proste, przynajmniej na szybko). Dwie warstwy zielonego lakieru nie dały pełnego krycia na lakierze miętowym, no i znowu pojawił się problem smug. Jeśli chodzi o poprzednie mani, wykonane w zupełności lakierem Mint Sorbet, to po 2 dniach pojawiły się odpryski, mimo użycie bazy i top coat'u, ale to jest akurat normalne przy moich paznociach - sukcesem jest, gdy jakiś lakier wytrzyma na nich 3 dni...


Myślę, że za cenę 5,99 zł za 8,5 ml te lakiery są warte wypróbowania. Trochę długo schną, ale z tym poradzi sobie przyspieszacz wysychania, no i radziłabym też użyć top coat. Mnie denerwuje w nich kiepskie krycie (choć podobno ten fiolet jest bardziej kryjący) i smużenie. Trwałość według mnie jest przeciętna. Ja kupiłam te lakiery w zasadzie ze względu na piękne wiosenne kolory, bo wyprawiam w tym miesiącu trochę moich starych lakierów w świat, niektóre z kolei mi się pokończyły, więc uznałam że mój mini lakierowy zbiorek potrzebuje pewnego odświeżenia, w związku ze zmianą pory roku.

Co sądzicie o tym kolorku? miałyście już do czynienia z tymi lakierami? :)


czwartek, 7 marca 2013

Domowe DIY: Ratowanie pokruszonych cieni do powiek

Hej :)

Pewnie każdą z Was spotkał kiedyś ten problem - cień spadł na podłogę i rozkruszył się w drobny mak. Pewnie niektóre z Was wiedzą co można na to poradzić, a te, które nie wiedzą, zapraszam do dalszej części notki :)

Wczoraj Pan listonosz przyniósł mi paczkę z kosmetykami wylicytowanymi na Allegro (zawartość paczuszki pokażę Wam za jakiś czas, ale już dziś mogę stwierdzić, że warto było tak zażarcie licytować :D). Wydawało się, że wszystko w porządku, ale gdy odpakowywałam małą paletkę z cieniami, okazało się, że jeden z nich jest mocno potłuczony. Na szczęście w barku znalazłam trochę wódki (mój ukochany zajmuje się sporządzaniem domowych nalewek, więc często można znaleźć w naszym barku jakiś niewykorzystany jeszcze mocny alkohol). Wzięłam zatem wódkę (nie po to by się upić :P) i zabrałam się do pracy :)

Zaczęłam od pokruszenia cienia na drobny proszek - musi on utworzyć możliwie jednolitą proszowatą masę. Do tego celu użyłam jakiegoś nieznanego mi z nawy metalowego narzędzia do manicure (widoczne na zdjęciu). Możecie też użyć do tego celu metalowego pilniczka, plastikowej szpatułki, wykałaczki, co tam chcecie - byle małe precyzyjne i wygodne do mieszania.


Następnie dodałam do cienia 2 krople wódki. Zmieszałam dokładnie. Nie udało mi się uzyskać gęstej papki, więc dodałam jeszcze 3 krople wódki. Mieszałam, mieszałam, mieszałam, aż uzyskałam gęstą jednolitą papkę.



Po uzyskaniu tej gęstej masy wygładziłam ją moim metalowym narzędziem i odstawiłam na godzinę do wstępnego stwardnienia.



Po godzinie, gdy cień trochę stwardniał, ale był jeszcze nieco plastyczny, wzięłam 2-złotową monetę, zawinęłam ją w kawałek bawełnianej szmatki i przycisnęłam przez tę szmatkę monetę do cienia, tworząc tłoczenie. Nie jest to obowiązkowy krok, ale ja wolałam go wykonać, żeby cień lepiej się sprasował i estetyczniej wyglądał.


Cień odstawiłam do całkowitego wyschnięcia na całą noc. Dzięki temu alkohol zdążył całkowicie odparować, cień w zupełności zastygł i odzyskał swoje właściwości - pigmentacja i kolor są takie jakie prawdopodobnie były przed wypadkiem. Nie czuć zapachu alkoholu. Cała zabawa z kruszeniem i mieszaniem zajęła mi ok. 10-15 minut. Najwięcej czasu zajmuje czekanie na wyschnięcie cienia i odparowanie wódki, ale to nie był problem, bo ten cień akurat nie był mi w tamtym czasie potrzebny.

Ja nic nie zapłaciłam za ratowanie mojego cienia, bo napoczętą butelkę wódki miałam akurat na stanie. Zamiast wódki można też użyć innego mocnego, bezbarwnego alkoholu. Szkoda tylko kupować go specjalnie do naprawy kosmetyku, no chyba że kosmetyk jest drogi, albo i tak mamy zamiar zrobić za jakiś czas imprezę czy wypić drinka ;)

Próbowałyście kiedyś tej metody naprawiania kosmetyków prasowanych do makijażu? :)

Rozdanie urodzinowe na blogu Kolorowy zawrót głowy

Hej dziewczyny,

Do jutra (08.03.2013) do godz. 12:00 trwa rozdanie na blogu Kolorowy Zawrót Głowy, którego prowadzi Asia. Niezbędnym warunkiem do wzięcia udziału jest bycie publicznym obserwatorem bloga i odpowiedź na pytanie. Szczegóły TUTAJ.



Zachęcam do udziału :)