środa, 24 kwietnia 2013

Matujący balsam do ust Essence Stay Matt 01 Velvet Rose + pojedynek z Manhattan Soft Mat

Witajcie :)

Czy to szminka? Czy to błyszczyk? Nie - to matujący balsam do ust Essence, z którym przychodzę do Was po zażegnaniu problemów z Internetem. Pewnie recenzuję go jako ostatnia, no ale mówi się trudno - może jednak komuś pomogę :)


W zasadzie nie wiem czy nazwa matujący balsam pasuje do tego kosmetyku. Matujący owszem, ale balsam? Nazwa balsam kojarzy mi się z kosmetykami o właściwościach pielęgnacyjnych, a w tym przypadku absolutnie takich właściwości nie zauważam. Czasami się mylę i mówię na to błyszczyk, choć jak ma być to błyszczyk, skoro nie ma ani odrobiny błysku. Pewnie mi się myli przez podobieństwo do opakowania błyszczyków Stay With Me. W zasadzie jest to matowa szminka w formie musu (kremowa konsystencja), tak samo jak Manhattan Soft Mat. Mam nadzieję, że nie popełnię błędów w tej recenzji i będę nazywać ten produkt szminką, bo właśnie jest on szminką. I uprzedzam, że nie zabraknie porównań do jej odpowiednika marki Manhattan (którego recenzowałam TUTAJ), co może się okazać dla Was przydatne.

Dostępność i cena: Natura, Hebe, niektóre Rossmanny i wszystkie inne miejsca, w których jest szafa Essence. Koszt to 8,99 zł. Data ważności to tylko 6 miesięcy od otwarcia (naprawdę nie wiem czemu, bo matowa szminka Manhattanu przykładowo jest ważna 24 miesiące od otwarcia). Od razu uprzedzam, że w niektórych miejscach ciągle jest wykupiona, szczególnie jasne kolory.


Opakowanie: Szminka mieści się w błyszczykowym opakowaniu, w zasadzie takim samym jak błyszczyki Stay With Me (różnią się tylko szatą graficzną). Inny jest już natomiast aplikator - tu już nie mamy do czynienia z klepsydrą, a z takim kopytkowym kształtem (mam nadzieję, że dobrze to określiłam). Aplikator przypomina więc ten z Manhattan Soft Mat. Szminkę mam już około miesiąc, a już zaczęła odchodzić foliowa nalepka z nakrętki (dzisiaj w zasadzie ją całą oderwałam, bo mnie denerwował ten odstający kawałek). No i już zaczęły delikatnie ścierać się napisy, jak to często bywa w przypadku Essence i Catrice. Mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadza, ale wiem że spora część z Was lubi jak ich kosmetyki długo wyglądają na nowe.

Aplikacja: Część z Was stwierdziła, że aplikator ten nabiera za dużo produktu. Na jedną wargę faktycznie za dużo, ale gdy odpowiednio nim będziemy manewrować i nałożymy nabrany jednorazowo produkt na obie wargi, to moim zdaniem ilość nabranej szminki jest odpowiednia. Mnie przez pierwsze kilka razy aplikacja totalnie nie wychodziła, bo produkt był nałożony nierówno lub się ważył, albo zbierał przy wewnętrznych częściach ust. Sposób na te problemy jest jeden - musimy nałożyć szminkę cienką warstwą. Możemy do osiągnąć przez chowanie warg do środka i cmokanie nimi - tak to brzmi fantastycznie lub odcisnąć nadmiar szminki w chusteczkę higieniczną. Szminka ta ma dość duże krycie, więc taka jedna cienka warstwa powinna nam wystarczyć. Gdy nałożymy więcej - zaczną się problemy.



Kolor, zapach: Faktycznie pasuje tu nazwa Velvet Rose, bo jest to delikatny różyk, taki nudowy moim zdaniem. Na swatchu wydaje się, że ma sporą domieszkę beżu. Faktycznie na ustach jest  nieco widoczny beżowy pigment, ale wydaje się że jest go znacznie mniej niż na swatch'u, co możecie zobaczyć poniżej. Pachnie waniliowo - zapach ten kojarzy mi się z ciasteczkami. Nie jest jakiś nachalny, skoro nie jest uciążliwy nawet dla tak czułego nosa jak mój.

A jak zachowuje się na ustach?


Tak wygląda z daleka na zamkniętych ustach, nałożona cienką warstwą - całkiem przyjemnie. Kolor bardzo naturalny, świetny dla blondynek. Wykończenie matowe, ale nie w płaskim macie (jaki daje Manhattan). Myślę, że efekt ten jest przyjemny dla oka.



A tak na zbliżeniach i przy otwartych ustach. Nadal jest nieźle, choć widać, że nieco podkreśla zmarszczki (na szczęście w nie nie wchodzi) i trochę się zbiera na styku warg. Minusy te są jednak widocznie dopiero z bardzo bliska, więc ja się nie boję chodzić w tej szmince po ulicy.

Trwałość: Jeżeli nie jemy, nie pijemy i nie gadamy zbyt dużo, to wytrzymuje w moim przypadku nawet 4 godziny. Po piciu wymaga niewielkich poprawek, po intensywnych rozmowach również, a z jedzeniem nie ma szans. Nie nawilża ust, a nawet nieco je wysusza, dlatego trzeba mieć je w dobrej kondycji, by go używać. Na szczęście nie wysusza aż tak mocno jak Manhattan, który jest natomiast bardziej trwały, łatwiejszy w aplikacji i nie zbiera się w styku warg.

Podsumowując: Po doświadczeniach z dwoma matowymi szminkami w formie musu dochodzę do wniosku, że nie są to produkty łatwe w stosowaniu - przede wszystkim wysuszają usta (szczególnie Manhattan), więc posiadaczki przesuszających się ust nie będą z nich zadowolone. Ja używam ich tylko wtedy, gdy moje usta mają naprawdę dobry dzień. Jeżeli miałabym wybierać między tymi dwoma, to jednak wybrałabym Manhattan, który daje większą trwałość i jest łatwiejszy w aplikacji, no i nie ma w jego przypadku takich atrakcji jak ważenie się czy zbieranie w styku warg. Przez wysuszające właściwości nie nadaje się on jednak do noszenia na co dzień - musiałabym wtedy nakładać na niego błyszczyk, a po co mi matowa szminka, na którą muszę nakładać błyszczyk? Essence polubiłam głównie za kolor i za to, że jest mniej wysuszający niż Manhattan - kiedy moje usta są w dobrej formie w ogóle nie odczuwam przy nim wysuszenia. Jest on natomiast bardziej problematyczny w aplikacji i noszeniu, więc raczej nie wybieram go na dłuższe wyjścia z domu.



Myślę, że te dwie szminki zakończą moją przygodę z matowymi szminkami w musie. Nie ukrywam, że te konkretne 2 egzemplarze zakupię ponownie, bo ubóstwiam je za kolor. Czytałam też, że dobrze sprawują się ciemniejsze kolory Stay Matt, więc być może z czasem zdecyduję się jeszcze na malinkę.

Ocena Essence: słabe 3/5

Pojedynek wygrywa: Manhattan Soft Mat.

A co Wy myślicie o tego typu produktach do ust? Dajcie znać czy chcecie czytać więcej recenzji porównawczych :)


sobota, 20 kwietnia 2013

Kosmetyczka podróżna

Hej :)

Dziś parę słów o kosmetykach, które zabieram ze sobą na wyjazdy. Temat bardzo na czasie nie tylko dla mnie (ostatnio wyjeżdżam naprawdę często), ale i dla Was, bo zbliża się majówka :) Jest to moja propozycja wyboru kosmetyków na wyjazdy. Wiem, że nie był to wybór doskonały, bo mimo że kosmetyków wożę ze sobą coraz mniej, i tak zawsze się okazuje że wzięłam tego za dużo i czegoś nie używam, z braku czasu na przykład.


Przedstawiony na zdjęciu zestaw zabrałam ze sobą w ostatnią podróż. Od jakiegoś czasu mój podróżny zestaw kosmetyków mniej więcej tak wygląda. Tutaj macie rzeczy, które zabrałam ze sobą na 4 dni. Część tych kosmetyków można zastąpić próbkami, ale ja akurat nie miałam tyle, żeby wystarczyło na 4 dni (urok wielkiego denkowania przed przeprowadzką). Ja z kolei preferuję zabieranie produktów o małych pojemnościach lub przelewanie do pojemniczków podróżnych - swoje kupiłam w drogerii Natura i na pewno dokupię jeszcze jeden zestaw, żeby jeszcze mniej dźwigać.

Pielęgnacja włosów


Do pielęgnacji włosów zabrałam: szampon Babydream (pełne opakowanie niestety, bo zabrakło mi pojemniczków podróżnych), regenerujący balsam do włosów Joanna Z Apteczki Babuni (akurat miałam resztki w oryginalnym opakowaniu i przelałam je do butelki podróżnej), mini wersję suchego szamponu Batiste (którego w sumie nie używałam, ale wzięłam na wszelki wypadek), serum do końcówek Biovax L'Biotica i Tangle Teezer model Salon Elite (muszę go ciągle przewozić w oryginalnym opakowaniu, żeby ząbki się nie wyginały i przez te częste podróżne już mi się trochę zdezelowało to opakowanie - po urodzinach chyba pomyślę o kupnie modelu kompaktowego tej szczotki).


Pielęgnacja twarzy


Tutaj mamy zdjęcie niezbyt fajnej jakości, bo chroniłam przed światłem srebro koloidalne. Nie chce mi się wozić tej wielkiej butli, więc przelałam trochę płynu do przezroczystej butelki podróżnej i całość zamknęłam w kartoniku po paletkach cieni. Znalazł się tam też płyn miceralny BeBeauty, krem na dzień Ziaja Ulga (którego nie polecam, bo kiepsko się na nim rozprowadzają i trzymają podkłady, no ale z braku laku dobry kit)  i krem na noc Ziaja Kozie Mleko. Wzięłam też żel peelingujący do mycia twarzy BeBeauty, krem do rzęs L'Biotica, balsam do ust w tubce Avon Care (tutaj akurat mamy niezbyt udany debiut), 2-fazowy płyn do demakijażu oczu Bielenda Awokado i trochę mniej niż pół opakowania płatków kosmetycznych Lieliebe.


Pielęgnacja ciała


Tutaj już mamy same pełnowymiarowe opakowania: Lactacyd Femina Plus, Joanna Peeling Myjący (w roli żelu pod prysznic), krem do rąk Avon Care z woskiem pszczelim (jako krem do rąk i do stóp), masło do ciała Green Pharmacy Masło Shea i Zielona Kawa, no i pilniczek (w razie wypadków z paznokciami). Wzięłam jeszcze oczywiście antyperspirant (Rexona w sztyfcie) - zapomniałam zrobić fotki.


Zapachy


Perfumetka Avon Treselle (zawsze noszę ją w torebce), no i woda perfumowana 30 ml Avon Incandessence (mogłam sobie darować drugie perfumy i wziąć tylko tą małą perfumetkę, ale tak uwielbiam Incandessence, że nie mogłam się powstrzymać).


Makijaż


No i tu już jest masakra... 

Zacznijmy może od akcesoriów. Zabrałam na wszelki wypadek gąbeczkę do makijażu, bo w domu lubię nakładać nią korektor. No ale na wyjeździe z pośpiechu, tudzież lenistwa i tak zawsze używam do tej czynności palców :P Dalej pędzle. Wzięłam 4, czyli mało jak na mnie. Do niedawna woziłam pędzle w etui, do którego wchodzi 10 pędzli. W końcu się opamiętałam i tak duży zestaw zabieram tylko na dłuższe wyjazdy (minimum tydzień). Żeby nie brać pędzli do podkładu, kupiłam taki co do którego mam pewność, że dobrze wygląda nakładany palcami. No więc z pędzli wzięłam małe jajko do konturowania (Hakuro H15), pędzel kabuki do pudru Riv Gosh (nie przepadam za nim, bo trochę drapie, no ae zajmuje mało miejsca i ma etui dobre na podróż) i 2 pędzle do oczu - Hakuro H79 do nakładania cienia i rozcierania i Hakuro H76 do bardziej precyzyjnej roboty. Szkoda trochę, że nie mam większego jajka do konturowania, bo wtedy nie musiałabym zabierać pędzla do pudru (choć z drugiej strony musiałabym pilnować, żeby codziennie ten pędzel prać, a na wyjeździe nie zawsze się chce...). Wszystkie pędzle zapakowałam w ich oryginalne etui, żeby nie stała im się krzywda. No i jeszcze składane lusterko, które zawsze noszę w torebce do szybkiej oceny sytuacji i zrobienia poprawek :)

Makijaż twarzy: podkład intensywnie kryjący Pharmaceris Ivory 01 (mój idealny kolor, no i świetnie wygląda nałożony palcami), puder kompaktowy Synergen nr 03 (pudry sypkie niespecjalnie sprawdzają się w podróży, więc wzięłam ten który i tak zawsze mam w torebce), róż Avon Luminous w kolorze Peach, mineralne duo brązujące Alverde, korektor Maybelline Affinitone w najjaśniejszym odcieniu (lubię go za wielozadaniowość - sprawdza się pod oczami i na niedoskonałości, dlatego zawsze noszę go w torebce), no i bibułki matujące Kobo (również noszę je w torebce).

Makijaż oczu: paleta cieni Sleek Au Naturel (ma uniwersalne kolory cieni, no i duże lusterko przy którym jestem w stanie wykonać makijaż całej twarzy), baza pod cienie Kobo (której i tak nie używałam), biała kredka Catrice Kohl Kajal, kredka do brwi Catrice nr 020, eyeliner w pisaku Maybelline Master Precise (nie chciało mi się targać pędzelka do eyelinera i eyelinera żelowego) i wodoodporny tusz do rzęs Maybelline The Volum Express.

Makijaż ust: szminka Avon Ultra Colour Rich kolor Pout, szminka Avon Ultra Colour Rich kolor Carnation i błyszczyk Essence Stay With Me nr 02 My Favourite Milkshake. Tu wychodzi moja mania ma punkcie produktów do ust - lubię mieć w tej kwestii wybór, więc wzięłam 2 nudziaki i 1 intensywniejszy róż. Dobrze, że nie planowałam makijażu wieczorowego, bo doszłaby jeszcze jakaś czerwień :P

No i tak wygląda moja kosmetyczka podróżna. Mogłoby być tego jeszcze mniej, ale i tak jestem zadowolona, że nie targam tego tyle co kiedyś. No i na pewno zakupię kolejne pojemniczki podróżne, żeby nie wozić żadnych pełnowymiarowych kosmetyków do pielęgnacji, bo to zajmuje najwięcej miejsca i najwięcej waży.

Jak wyglądają Wasze kosmetyczki podróżne? :)


Essence'owe rozdanie u Matleeny :)

Witajcie :)

Wróciłam do Torunia w czwartek wieczorem, ale piszę dopiero teraz, bo mam jakieś dziwne problemy z internetem. Może któryś z routerów w akademiku się zepsuł? Będę musiała pogadać z właścicielką, bo prędkość przy której idzie cokolwiek zrobić (a i tak pozostawia wiele do życzenia) jest właśnie teraz - jak wszyscy poszli spać. A ja ucięłam sobie popołudniu długą drzemkę, to siedzę teraz i piszę ;) No ale dość tych wstępów, bo miało być o rozdaniu u Matleeny.


Wygrać można kosmetyki z limitowanej edycji Essence Vintage District, które widzicie na powyższym zdjęciu. Są to 2 lakiery do paznokci, szary eyeliner (moim skromnym zdaniem chyba najciekawszy z całej LE), szminka z błyszczykiem i cień do powiek. Ładna nagroda, prawda? ;) Możecie się zgłaszać do 29 kwietnia 2013. Więcej szczegółów na blogu Matleeny: 
http://matleenamakeup.blogspot.com/2013/04/rozdanie-z-essence.html

Zasyłam pozdrowienia i mam nadzieję, że mimo problemów z netem uda mi się sklecić jeszcze jedną notkę.


czwartek, 18 kwietnia 2013

Korektor w sztyfcie Miss Sporty So Clear

Witajcie :)

Idealnego korektora na niedoskonałości jeszcze nie znalazłam. Trafiło się jednak już kilka przyzwoitych kosmetyków z tej kategorii. Czy zalicza się do nich korektor w sztyfcie Miss Sporty So Clear? Przekonajcie się w dalszej części notki :)


Cena i dostępność: 9,99 zł w Rossmannie.

Opakowanie: typowe dla korektora w sztyfcie.

Konsystencja, kolor, zapach: Zapach prawie niewyczuwalny i neutralny. Konsystencja treściwa - w końcu to korektor w sztyfcie. Kupiłam go mając nadzieję, że będzie idealnym odpowiednikiem mojego sztyftowego ideału, czyli Rimmel Hide The Blemish, który jest ciężko dostępny w Polsce. Faktycznie jest jego odpowiednikiem jeżeli chodzi o formę i kolor, ale konsystencja już się nieco różni. Jest bardziej tępy od Rimmela, który jest bardzo kremowy i miękki. Utrudnia to trochę nakładanie - trzeba po prostu powtarzać aplikację. Choć z drugiej strony ułatwia to stopniowanie krycia - co kto woli ;)

Kolor zobaczcie na zdjęciu poniżej.


Posiadam kolor nr 01. Jest to jaśniutki beż, wpadający w żółte tony, ale nie tak żółty jak jego odpowiednik w płynie. Kolor jest odpowiedni dla większości jasnych cer. Dla mnie jest idealny - ani za jasny, ani za ciemny. Za ciemny będzie dla bardzo jasnych cer - ja jednak aż tak blada nie jestem.

Trwałość: Wytrzymuje na niedoskonałościach jakieś 8 godzin (czasem krócej). Potem potrzebne są poprawki. Także trwałość oceniam na plus, bo trudno dorwać bardziej trwały korektor. Jest malutki, więc bez problemu można go nosić w torebce do zrobienia poprawek.

Krycie: Jak już wspominałam - można je budować. Od słabszego po naprawdę mocne, w zależności od potrzeb.



Wydajność: Również na plus - używam go z przerwami, jednak bardzo często, a mam go od lipca ubiegłego roku.

Podsumowując: Jest to całkiem przyzwoity korektor na niedoskonałości, o ładnym kolorze, o przyzwoitym kryciu, całkiem niezłej trwałości i w dobrej cenie. Mam ochotę przetestować jeszcze kilka korektorów na niedoskonałości, żeby zaspokoić swoją ciekawość. Jeżeli mnie nie zadowolą na pewno wrócę do tego korektora.

Ocena: 4/5

Lubicie korektory w sztyfcie? Jakie polecacie? :)


wtorek, 16 kwietnia 2013

Bielenda Awokado, Łagodny 2-fazowy płyn do demakijażu oczu

Witajcie :)

Dziś parę słów o 2-fazowym płynie do demakijażu oczu Bielenda Awokado. Niełatwo znależć dobry płyn do zmywania makijażu wodoodpornego. Czy ten sprostał temu zadaniu? Jeżeli jesteście ciekawe, zapraszam do dalszej części notki :)


Cena i dostępność: ok. 10 zł w Hebe i innych drogeriach czy marketach, które mają Bielendę.

Opakowanie: Dość standardowa butelka, jak na płyn dwufazowy, nie ma nad czym się rozwodzić. Dla mnie w porządku. Dzięki przezroczystości widać czy fazy są zmieszane, no i widać ile płynu jeszcze zostało.

Fotki składu niestety nie zrobiłam - skleroza :(



Działanie: Płyn całkiem przyzwoicie zmywa makijaż wodoodporny oczu. Zwykle starczą 2 przyłożenia wacika, więc naprawdę nieźle (zwłaszcza jak porównamy go z płynem dwufazowym Ziaji). Zostawia na powiekach tłusty film, ale coś takiego dzieje sie przy każdym płynie na bazie oleju (inaczej trudno byłoby usunąć makijaż wodoodporny). Faktycznie nie podrażnia i świetnie się sprawdza przy moich wrażliwych oczach. nie jest ideałem, bo mógłby zmywać jeszcze lepiej, ale na pewno nie znajdę lepiej zmywającego płynu w tej półce cenowej, dlatego raczej zostanę przy nim na stałe (szkoda mi wydawać ciężkich pieniędzy na płyn dwufazowy - to już wolę zużyć więcej wacików).

Używałyście płynów 2-fazowych Bielendy? A może macie innych ulubieńców do zmywania makijażu wodoodpornego? :)



poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Palety cieni Sleek Lagoon i Technic Ultra Violet - swatch'e

Hej :)

Wrzucam obiecane swatch'e obu zakupionych przeze mnie ostatnio palet cieni, czyli Sleek Lagoon i Technic Ultra Violet. Jako bonus dorzucę jeszcze porównanie cieni z palety Lagoon z niektórymi cieniami z innych palet Sleeka, żebyśmy się mogły przekonać czy naprawdę tak mało oryginalna jes ta paleta i dużo cieni się w niej powtarza - spotkałam się z takimi opiniami o niej.

Najpierw Technic UV, bo nad nią nie będę się specjalnie rozwodzić. Jeszcze nie miałam okazji jej używać, więc nie wiem czy w akcji te cienie będą mi odpowiadać. Pierwsze wrażenie jest natomiast bardzo pozytywne - piękne fiolety, bardzo dobrze napigmentowane o wykończeniu subtelnej perły i to wszystko w cenie 10,90 zł - no żyć, nie umierać :D Zresztą same spójrzcie:




Cienie w paletce trochę się osypują, ale przy swatch'owaniu już nie było tego problemu - były takie aksamitne. Naprawdę nieźle jak na chińską produkcję za śmieszne pieniądze. Zobaczymy jeszcze jak paleta będzie sprawować się w akcji - pewnie będę miała okazję się o tym przekonać dopiero po powrocie do Torunia.

Przejdźmy do Sleek Lagoon, w której zakochałam się, odkąd wzięłam ją do ręki :)


Nie wiem jakim cudem na pierwszą fotkę nie załapała się czerń i czerwień - gapa ze mnie :P No ale to zdjęcie najbardziej realistycznie oddaje kolory pozostałych cieni, więc je wrzuciłam. Czerwień i czerń widać dobrze na następnym zdjęciu.




No i porównanie kilku cieni, które rzekomo mają się powtarzać:


Po lewej: Sassea z Lagoon. Po prawej: Huuming Birg z Snapshots.
Moim zdaniem faktycznie identyczne, jeśli chodzi o kolor. Różnią się nieco konsystencją - ten z Lagoon jest nieco twardszy przez co trochę trudniej się go nabiera o trudniej uzyskać odpowiednią intensywność, ale jest to naprawdę subtelna różnica.


Po lewej: Pink Jewel z Lagoon. Po prawej: Gateau z Oh So Special.
Specjalnie wrzucam aż 3 fotki, żeby lepiej pokazać różnicę, bo w końcu oba cienie to duochromy.
Są trochę podobne, ale na pewno nie są takie same.
Pink Jewel jest ciemniejszy i ma bardziej intensywny i bardziej ciepły odcień różu. Gateau natomiast mocniej odbija światło na złoto i jest to nieco chłodniejszy odcień złota.
Tak więc podobne, ale nie takie same.


Po lewej: Sea Shell z Lagoon. Po prawej: Gift Basket z Oh So Special.
Tu nie muszę chyba opisywać różnicy ;)
Myślę, że fajnie mieć 2 podobne, ale jednak różne cienie i te dwa powyżej mogą stworzyć zgrany duet w makijażach w których chcemy użyć kilka odcieni tego samego koloru. Przydaje się to na przykład przy smoky.


Po lewej: Oyster z Lagoon. Po prawej: Martini ze Snapshots.
Tutaj różnica jest minimalna - Oyster jest idealnie śnieżno-biały, a Martini to zwykła biel, już nieco ciemniejsza niż ta śnieżna. Różnica naprawdę subtelna, więc można pokusić się o stwierdzenie że to taki sam kolor.

Zestawiałam jeszcze kilka innych kolorów w ten sposób, ale tam już różnica wyraźnie biła po oczach, więc nie ma sensu się nad tym tutaj rozwodzić. Moim zdaniem paletka ta generalnie ma kolory inne niż są w pozostałych - powtarzają się tylko 2 kolory, a reszta jest inna lub nieco podobna do kolorów z poprzednich paletek. Ja nic nie mam do podobnych kolorów, bo jak już pisałam, przydaje się to często do ładnego roztarcia, czy tworzenia efektu trójwymiarowości. Ale nie wszyscy lubią mieć mnóstwo podobnych kolorów, więc takie osoby faktycznie muszą przemyśleć zakup Lagoon, jeżeli posiadają już kilka (kilkanaśnie) starszych paletek.

Lubicie mieć dużo podobnych kolorów cieni? :)


niedziela, 14 kwietnia 2013

Masło do ciała Green Pharmacy Masło Shea i Zielona Kawa

Hej :)

Dzisiaj słów kilka o moim ulubionym od jakiegoś czasu maśle do ciała, czyli Green Pharmacy w wersji Masło shea i Zielona kawa. Jeżeli jesteście ciekawe jak się u mnie sprawdza, zapraszam do czytania :)


Cena i dostępność: ok. 12 zł, dostępne w Rossmannach i Naturach, ale czasami trzeba mieć szczęście, żeby na nie trafić, szczególnie w kilku wariantach.

Opakowanie: Niski słoik o dużej powierzchni, z ciemnobrązowego plastiku, kojarzącego się z produktami aptecznymi. Ładnie komponuje się z wieczkiem. Jedyne czego się przyczepię to to, że jednym ruchem dłoni nie jestem w stanie go odkręcić - muszę wykonać 2 obroty. No ale to już jest czepialstwo. Napisy nie schodzą, etykietki się nie odklejają - miodzio.

Skład: Całkiem przyjemny, co możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Przyczepię się tylko do parabenów. Gdyby nie one, to masło byłoby chyba moim ideałem.


Konsystencja, kolor, zapach: Kosmetyk faktycznie ma konsystencję masła, jest bardzo gęsty i "sztywny". Ładnie się rozsmarowuje na skórze. Ma kremowy kolor i zapach masła shea z nieco ziołową nutą. Zapach pewnie nie każdemu będzie odpowiadać. Mnie się podoba. No i nie jest zbyt intensywny (gdy balsam do ciała pachnie mi zbyt intensywnie, mam problemy z zaśnięciem).



Wydajność: Mogłaby być lepsza. Ale ja w zasadzie szybko zużywam wszystkie masła do ciała, więc przywykłam. Gdybym używała codziennie tego masła na całe ciało to pewnie wystarczyłoby na 2-3 tygodnie, czyli w moim przypadku standardowo. A że używam je na zmianę z innymi mazidłami, to starcza na dłużej.

Działanie: Masło naprawdę przyzwoicie nawilża. Nawilżenie nie jest wystarczające tylko wtedy, gdy mam mega przesuszoną skórę i muszę się ratować olejkami. Zazwyczaj jednak to masło jest wystarczające. Dość szybko się wchłania, jak na tak treściwe mazidło.

Podsumowując: Bardzo lubię to masło. Odpowiada mi jego zapach. Bardzo łatwo się rozsmarowuje, dobrze się wchłania i przede wszystkim dobrze nawilża. Jego minusem jest zawartość parabenów i dość przeciętna wydajność. Gdyby nie te dwie cechy, to cacko byłoby moim ideałem. 

Na pewno jeszcze do niego wrócę, ale pewnie dopiero jesienią, bo mam ogromne zapasy lżejszych mazideł na wiosnę i lato. Jeżeli będę miała możliwość, to chętnie przygarnę również inne warianty tego kosmetyku.

Miałyście styczność z masłami Green Pharmacy? U Was też są problemy z dostępnością tego kosmetyku?


sobota, 13 kwietnia 2013

Makijaż pastelowy na wiosnę (Sleek Lagoon)

Hej :)

Dopiero wczoraj dostałam w swoje łapki paletę Sleek Lagoon a już obudziła we mnie tyle inspiracji. Poniżej przedstawiam makijaż kolorowy, ale jednocześnie dość delikatny, bo w pastelowej tonacji. Są to niesamowicie wiosenne kolory. Makijaż ten spokojnie nadaje się na co dzień - ja wyszłam w nim na obiad do restauracji, a potem na zakupy i nikt się na mnie dziwnie nie patrzył. Pewnie dlatego, że mimo kolorów jest on dość delikatny. Nie przedłużając, przedstawiam moje wypociny :)






Użyte kolory:
  • Reflection - jako cień bazowy
  • Sand Dollar - w wewnętrznym kąciku
  • Pink Jewel - ruchoma powieka i środek dolnej powieki
  • Night Sky - zewnętrzny kącik, zewnętrzna część dolnej powieki i odrobina w załamaniu
  • Emerald - od załamania ku górze.

Pozostałe kosmetyki:
  • Podkład Pharmaceris Intensywnie kryjący fluid, Ivory 01
  • Puder mineralny Jadwiga
  • Mineralne duo brązujące Alverde
  • Róż mineralny Annabelle Minerals, Nude
  • Rozświetlacz The Balm Marry Lou Manizer
  • Korektor w płynie Collection 2000, 1 Fair
  • Kredka do brwi Catrice, 020 Date With Ash-ton
  • Baza pod cienie Kobo
  • Kredka Catrice Kohl Kajal, 040 White
  • Eyeliner w pisaku Maybelline Master Precise
  • Maskara Max Factor 2000 Calorie Dramatic Volume, Black
  • Szminka Avon Ultra Colour Rich, Pout (wykończenie satynowe).
Lubicie takie delikatne, wiosenne makijaże z odrobiną koloru? Jaki makijaż najczęściej nosicie wiosną? :)

P.S.: Jutro lub w poniedziałek pojawi się notka ze swatchami palety Sleek Lagoon i Technic Ultra Violet.