piątek, 12 kwietnia 2013

Makijaż z nową paletą Sleek - czyżby laguna? :D

Witajcie :)

Zgodnie z obietnicą wrzucam makijaż wykonany dziś paletą Sleek Lagoon. Bardzo się cieszę, że ją kupiłam, bo ma naprawdę piękne kolory i jest bardzo wiosenna. Czuję, że się zaprzyjaźnimy :)



A oto zmalowany na szybko makijaż, zatem nie jest jakiś skomplikowany, czy wybitny. Chciałam po prostu wstępnie przetestować jak pracuje się z tymi cieniami.  Żeby trochę podnieść poprzeczkę tym cieniom w pokazanym niżej makijażu nie używałam bazy pod cienie - jedynie delikatnie przypudrowałam powieki.





Użyte cienie:
  • Reflection - w wewnętrznych kącikach
  • Sassea - na środku ruchomej powieki
  • Underworld - w zewnętrznych kącikach i na środku dolnej powieki
  • Emerald - w załamaniu powieki i w zewnętrznym kąciku dolnej powieki (pomieszany nieco z Underworld)
  • Oyster (perłowa biel) - odrobina w wewnętrznych kącikach i nieco pod łukiem brwiowym w celu rozświetlenia.


Pozostałe kosmetyki:
  • Podkład Intensywnie kryjący Pharmaceris, Ivory 01
  • Puder mineralny Jadwiga do cery tłustej i mieszanej
  • Róż Revlon Matte, 02 Blushing Berry
  • Korektor pod oczy w płynie Collection 2000, 01 Fair
  • Eyeliner w pisaku Maybelline Master Precise
  • Tusz do rzęs Max Factor 2000 Calorie Dramatic Volume, Black
  • Kredka do brwi Catrice, 020 Date With Ash-ton
  • Błyszczyk Essence Stay With Me, 07 Kiss Kiss Kiss.
Starałam się zmalować coś wiosennego, co kojarzy się w dodatku z nazwą paletki. Mam nadzieję, że chociaż trochę mi wyszło :D

Jak Wam się podoba Sleek Lagoon w akcji? Skusiłyście się na nią, planujecie się skusić, czy w ogóle do Was nie przemawia?


A miał być odwyk zakupowy...

Hej :)

Miał być odwyk zakupowy, a jak zwykle wyszło inaczej. Muszę wreszcie zacząć się hamować, bo moje konto krwawi, a ja już nie mam gdzie tego wszystkiego trzymać. Część zakupów była potrzebna (raczej mniejsza część), a część była spowodowana moim chciejstwem. No ale zaspokoiłam sporą część moich zachcianek, więc raczej nie będę już szaleć. W tym miesiącu planuję na pewno zakup perfum Avon Only Imagine, bo moje konsultantka skusiła mnie próbką - pachnie tak pięknie, że nie mogę sobie darować tych perfum ;) No ale dość paplaniny nie na temat - spójrzcie na zakupy i dajcie znać czy miałyście te rzeczy i jak Wam się sprawdziły, czy może planujecie ich zakup. Może coś ciekawego podpatrzycie, choć moje zakupy rzadko są jakieś oryginalne.

Wszystkie zakupy dotarły do mnie wczoraj i dzisiaj, więc... masakra :P

Kolorówka


Tym razem zacznę od kolorówki. Może dlatego, że na nią poszło więcej kasy :P Większość rzeczy, które widzicie na zdjęciu powyżej to zakupy z Minti Shop, które dostarczył opryskliwy kurier z K-Ex (chyba nie będę się już więcej decydować na usługi tej firmy kurierskiej, bo już kilka razy miałam z nimi przeboje).


Na pierwszy rzut niech pójdą kosmetyki i akcesoria E.L.F. Mamy tu bibułki matujące (7,90 zł), lateksowe gąbeczki do makijażu (8,90 zł, akurat mi się skończyły jakiś czas temu, a bywają przydatne, zwłaszcza do rozprowadzania korektora pod oczami) i mgiełka do utrwalania makijażu (18,90 zł za 60 ml). Mgiełka w zasadzie nie utrwala makijażu i wiedziałam o tym, gdy ją kupowałam. Chciałam po prostu mieć kosmetyk stapiający wszystkie warstwy makijażu, by wyglądał jak druga skóra i miał bardziej naturalne wykończenie. Ta mgiełka ma dobre opinie na KWC portalu Wizaż i ma dość przyjazny skład, więc postanowiłam wypróbować jako tańszą alternatywę dla mgiełek The Body Shop czy MAC, żeby zobaczyć czy tego typu kosmetyk w ogóle będzie się u mnie sprawdzał. Wszystkie te rzeczy kupiłam w Minti Shopie.


Tutaj mamy dwa maleństwa, które bardzo cieszą oko, a mianowicie paleta 12 perłowych cieni Technic Ultra Violet (10,90 zł), którą kupiłam z braku sensownej oferty fioletów u Sleek'a. Obok jest paleta cieni Sleek z limitowanki Aqua, o wdzięcznej nazwie Lagoon (32,90 zł). Początkowo zdjęcia tej palety mnie nie zachwycały, ale gdy zobaczyłam swatche na blogach, stwierdziłam że musi być moja :) Za parę minut pojawi się notka z pierwszym makijażem, jaki wykonałam tą paletą (w przeciągu kilku minut zresztą), więc jeżeli chcecie zobaczyć jak paleta spisuje się w akcji, zajrzyjcie do kolejnego posta. Jako ciekawostkę dodam, że wykonywałam ten makijaż bez użycia bazy pod cienie.
Obie paletki również kupiłam w Minti Shop.


No i ostatnie zakupy makijażowe z Minti Shop'u, czyli pędzle Hakuro. Tym razem padło na H76 (16,40 zł), H79 (16,40 zł) i H15 (33,90 zł). Najbardziej cieszę się chyba z H79, bo brakowało mi porządnego pędzla do rozcierania cieni.


Na koniec zakupy z Hebe i Avon. Kupiłam podkład Pharmaceris Intensywnie Kryjący w odcieniu Ivory 01 (33,90 zł). Potrzebowałam jakiegoś podkładu w płynie, który dobrze rozprowadza się palcami, bo ostatnio często wyjeżdżam i mam już dosyć targania ze sobą całego arsenału pędzli na kilkudniowe wyjazdy, gdzie zwykle nawet brakuje mi czasu i ochoty na codzienne mycie pędzli do podkładu. Następnym zakupem z Hebe jest błyszczyk Essence Stay With Me w kolorze 02 My Favourite Milkshake (8,99 zł). Mam już 4 błyszczyki z tej serii, więc wkrótce będzie recenzja. Z katalogu Avonu nr 5/2013 zamówiłam żelową kredkę Supershock w kolorze Flash (14,99 zł). Jest całkiem fajnym rozświetlaczem, niestety okazała się zbyt perłowa na linię wodną, a szkoda, bo jest bardzo trwała.


Pielęgnacja


Pielęgnacji jest trochę mniej i tutaj znalazły się rzeczy potrzebne i trochę zapasów.


Pielęgnacja twarzy: Lirene peeling enzymatyczny z wyciągiem z owoców (2,49 zł), maseczka do twarzy Avon Planet Spa Chiński Żen-szeń (10,99 zł), Lirene peeling enzymatyczny delikatnie złuszczający (16,99 zł) i BeBeauty Normalizujący żel-peeling oczyszczający do skóry mieszanej i tłustej (4,99 zł).

Jak widać, bardzo tu peelingowo, a to dlatego że intensywnie walczę ostatnio z trądzikiem i mam piekielny problem z suchymi skórkami - doba nie minie od pozbycia się poprzednich i już mam masę kolejnych. Z tego powodu wolałam się uzbroić w arsenał peelingów, żeby w zależności od stanu mojej twarzy dobrać jej coś odpowiedniego. Na pewno codziennie chcę używać żelu BeBeauty, a mocniejsze peelingi lepiej używać max. 2, ewentualnie 3 razy w tygodniu.

Też tak macie, że jak wkręcicie sobie jakiś element pielęgnacji, to musicie mieć do tego od razu mnóstwo różnych kosmetyków? Ja tak mam i nie wiem czy to normalne :P Wcześniej była faza na włosy, na mocno nawilżające mazidła do ciała, a teraz na peelingi do twarzy...


Tutaj różne różności, czyli: zdobyczny peeling do ciała BeBeauty w wariancie borówkowym (capnęłam ostatnią sztukę :D koszt 7,99 zł w Biedronce), cążki do paznokci Avon (3,99 zł), żel do powiek Flos Lek ze świetlikiem lekarskim i chabrem bławatkiem (6,99 zł) i uniwersalny balsam Avon Naturals Brzoskwinia i Bawełna (ok. 6-7 zł).


Robiąc zakupy w Minti Shop postanowiłam się zaopatrzyć w zapasik suchych szamponów Batiste. Szczególnie przypadł mi do gustu Medium & Brunette, więc dokupiłam kolejne duże opakowanie. Wzięłam też na wypróbowanie miniaturę zapachu Cherry, bo może się przydać na wyjazdy. Szkoda, że Batiste nie produkuje w wersjach mini szamponu Medium - przy pozostałych muszę się trochę nagimnastykować, by nie było widać u nasady włosów jasnych śladów.

Powiedzcie mi, że nie jest jeszcze tak źle z moimi zakupami kosmetycznymi, proszę :P W sumie nie ma co się dołować, tylko trzeba się brać za zużywanie, żeby nic się nie marnowało ;)

Trzymajcie się ciepło - w końcu idzie wiosna :)


środa, 10 kwietnia 2013

Maskara My Secret 3 in 1

Hej :)

Dziś mam dla Was recenzję maskary My Secret 3 in 1. Moja mama mawia, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Jeżeli jesteście ciekawe czy tak jest w tym przypadku, zapraszam do czytania :)


Dostępność i cena: Drogerie Natura, 11,99 zł.

Opakowanie: W sumie ciekawie wyprofilowane jak na tani tusz. No i na pewno łatwo je zlokalizować w szufladzie, kubku z tuszami, kosmetyczce, czy gdzie tam ją trzymamy, bo żółty kolor rzuca się w oczy ;)

Szczoteczka jest silikonowa. Lubię silikonowe szczoteczki, bo dobrze rozczesują rzęsy.


Jak widać, "włoski" tej szczoteczki są krótkie i gęste. Nie nabiera ona zbyt dużo tuszu.

Tusz ma piękny, czarny kolor. Niestety jego konsystencja jest według mnie zbyt rzadka - nawet 4 miesiące po otwarciu!

A taki efekt daje na moich rzęsach:

Rzęsy bez tuszu


1 warstwa tuszu



2 warstwy tuszu


Fakt, że rzęsy mam marne, ale używałam już tuszy, które dawały dużo lepsze efekty. Ten tusz polubiłam za głęboką czerń, wydłużenie i silikonową szczoteczkę. Niestety nie zauważyłam żadnego pogrubienia, ani podkręcenia (chyba nawet jeszcze bardziej mi te rzęsy prostował). Tusz przez rzadką konsystencję sklejał mi rzęsy i łatwo odbijał się na powiekach i pod oczami (a już nie wspomnę jaki był dramat, gdy kiedyś chwile po jego aplikacji kichnęłam - ekstremalny efekt misia pandy :P, tak więc tusz ten równiez długo zasycha). Po kilku godzinach noszenia tusz się nieco osypywał.

Myślę, ze jest wart wypróbowania w przypadku osób, które lubią tusze wydłużające.



Szkoda, że nie stworzyliśmy udanego związku, bo znam kilka osób, które ten tusz ubóstwiają i liczyłam na to, że w moim przypadku będzie tak samo. Niestety nie byłam go w stanie nawet wykończyć, bo denerwowała mnie jego rzadka konsystencja. Oddałam go mojej siostrze, bo na jej długich, gęstych rzęsach praktycznie każdy tusz świetnie wygląda i z tego również jest zadowolona.

A mnie pozostają dalsze poszukiwania tuszu idealnego - coś czuję, że jeszcze długo to potrwa...

Ocena: 2,5/5

Miałyście styczność z tym tuszem? Lubicie bawić się w szukanie perełek wśród tuszy niskopółkowych? :)


wtorek, 9 kwietnia 2013

Manhattan Soft Mat Lipcream nr 45H + dzisiejszy makijaż

Witajcie :)

Pojawiam się i znikam i ciągle tak od nowa ostatnio. Jak już Wam pisałam, ciągle jestem ostatnio zajęta, głównie uczelnią, ale też kilkoma innymi sprawami.

Głównym sponsorem dzisiejszego makijażu jest... wysyp pryszczy, którego przyczyna jest mi kompletnie nieznana. Nie są to wielkie zaskórniki, więc raczej nie jest to wina hormonów, bo na mojej twarzy gości aktualnie stado maleńkich ropniaczków. Nie chciałam Wam się nawet pokazywać z taką twarzą, ale to by oznaczało, że musiałabym na czas tej masakry odpuścić sobie recenzowanie kolorówki, a nie mam pojęcia jak długo jeszcze ci kosmici będą na mojej twarzy. Zresztą - wszyscy jesteśmy ludźmi i każdemu coś czasem wyskoczy na buzi ;) No ale jak ktoś się boi drastycznych zdjęć, to lojalnie uprzedzam, żeby nie patrzył :P


Pokazany makijaż na tych zdjęciach ma już ładnych kilka godzin. Odświeżyłam jedynie usta.

Na twarzy mam:
  • mineralny podkład kryjący Annabelle Minerals w kolorze Natural Light
  • puder mineralny do cery tłustej i mieszanej Jadwiga
  • korektor w płynie Collection 2000, nr 1 Fair
  • róż Revlon Matte, nr 02 Blushing Berry
  • odrobina rozświetlacza The Balm Mary-Lou Manizer
  • kredka do brwi Catrice, nr 020 Date With Ash-ton
  • żelowy eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama, nr 01 Black
  • maskara Max Factor 2000 Calorie Dramatic Volume, Black
  • szminka Manhattan Soft Mat Lipcream, nr 45H, czyli bohater dzisiejszej recenzji.
Recenzowana pomadka Manhattan z moimi nowościami u boku, czyli żelowym eyelinerem Maybelline i maskarą Max Factor 2000 Calorie Dramatic Volume. Oba te kosmetyki testuję od kilku dni i bardzo przy przypasowały do codziennego minimalistycznego makijażu oka - pomagają stworzyć kocie spojrzenie :)


Makijaż jak widać bardzo minimalistyczny. Tak wygląda ostatnio mój codzienny makijaż - kreseczka, tusz do rzęs, róż i mocniej podkreślone usta. Jest to świetna opcja, gdy ktoś, tak jak ja, ma rano tylko 10 minut (albo i mniej) na wykonanie makijażu, ale zależy mu na tym, by buzia była ożywiona. sama siebie zadziwiłam rezygnacją z bronzera - po prostu jakoś mi nie pasuje ostatnio do tych minimalistycznych makijaży.

Na jakie kosmetyki stawiacie w szybkim porannym makijażu? :)

Przejdźmy do recenzji matowej pomadki Manhattan...


Dużo się teraz mówi i pisze o matowych pomadkach Essence. Posiadam jedną z nich i również ją niedługo zrecenzuję. Dzisiaj natomiast chciałabym Wam przedstawić jej odpowiednik z Manhattan, który jest na rynku już dość długi czas.

Cena i dostępność: Rossmann - ok. 16 zł, Allegro - ok. 6 zł + wysyłka. Ja swój egzemplarz wylicytowałam na Allegro za 4,25 zł.

Data ważności i pojemność: 24 miesiące od otwarcia; 6,5 ml.

Opakowanie: Takie jak opakowanie błyszczyka. Proste, klasyczne - to lubię :) W związku z tym, że pomadka jest kremowa ma aplikator, również taki jak w przypadku błyszczyków - taka skośnie ścięta gąbkowata szpatułka, która nabiera według mnie odpowiednią ilość produktu. Ja z reguły nie mam problemów z ładnym rozprowadzeniem pomadki aplikatorem, mimo że ma ona czerwony kolor. Ale dla osób niewprawionych zalecam uzbrojenie się w pędzelek do ust, no chyba że wybierzecie pomadkę w innym kolorze.



Konsystencja, zapach, smak: Jak już napisałam, pomadka ma konsystencję gęstego kremu, nie tak pudrowego jak w przypadku matowych pomadek Essence. Tutaj konsystencja jest bardziej aksamitna. Pachnie wanilią i jest bezsmakowa.

Kolor: Mój kolor to 45H, czyli chłodna, dość intensywna czerwień. Zaraz po nałożeniu łudząco przypomina szminkę MAC Russian Red, jednak po wyschnięciu kolor staje się troszeczkę bledszy i uzyskujemy już czerwień wpadającą bardzo subtelnie w malinę. nie ukrywam, że ten kolor bardzo mi się podoba i jakbym miała oceniać tylko kolor, to jest to moja ulubiona czerwona pomadka.



Komfort noszenia, trwałość: Pomadka ma spore tendencje do wysuszania ust. Najlepiej wygląda nałożona na usta, na których balsam nawilżający już całkowicie się wchłonął, ale to jest opcja tylko dla posiadaczek zadbanych ust, które są w bardzo dobrej kondycji. Na pomadce nawilżającej natomiast szminka ta ma mniejszą trwałość. Nie polecam jej dziewczynom, które borykają się cały czas z problemem przesuszonych ust - podkreśli Wam każdą zmarszczkę, każdą suchą skórkę i będziecie czuły tragiczne ściągnięcie ust - ja tak miałam, gdy użyłam jej w okresie, gdy miałam problemy z przesuszonymi ustami. Używam jej tylko wtedy, gdy moje usta są w naprawdę dobrej kondycji i wtedy nie odczuwam dyskomfortu. Trwałość na moich ustach wynosi jakieś 4-5 godzin, jeżeli nie jem w tym czasie.

Ocena: 4/5 (za skłonność do wysuszania ust)

Miałyście do czynienia z matowymi pomadkami? Uważacie je za hit czy kit? :)



Recenzja została napisana dla serwisu dobry-salon.pl:

http://dobry-salon.pl/

sobota, 6 kwietnia 2013

Paleta cieni Sleek Au Naturel

Hej :)

No wow - odkrycie robię z tą paletką. Wszyscy pewnie już ją znają, a ja tu nagle wyskakuję z kolejną recenzją jak Filip z konopi. Będąc jednak fanką palet Sleeka nie mogłam sobie odpuścić recenzji i tego egzemplarza, zwłaszcza że to już klasyk. Jeżeli jesteście ciekawe moich trzech groszy w tym temacie, zapraszam do dalszej lektury :)


Paletę kupiłam w sklepie internetowym wizazysci.pl. Naprawdę szkoda, że kosmetyki Sleek nie są u nas dostępne w sklepach stacjonarnych. Bez problemu natomiast można je dostać w praktycznie każdym internetowym sklepie z kosmetykami. Za swoją sztukę zapłaciłam 32,90 zł. Mimo że Sleek podniósł ceny, kupno tych cieni nadal jest opłacalne, bo trudno znaleźć inną markę, w której kupimy 12 cieni (1,1 g każdy) całkiem przyzwoitej jakości do 35 zł. Fakt, że dochodzi jeszcze cena wysyłki, ale ja zawsze zamawiam albo dwie paletki, albo paletkę plus kilka pędzli, czy co tam sobie w chwili zakupów umyślę. 

Co prawda data ważności cieni to 12 miesięcy od otwarcia, ale ja bym się tym zbytnio nie przejmowała, bo producenci zawsze podają datę z dużą górką, więc w praktyce są zdatne do użytku przez przynajmniej 18 miesięcy. Jeżeli będziemy je trzymać z dala od wilgoci i innych niesprzyjających warunków, jeszcze bardziej przedłużymy ich żywotność. Cień jest tak naprawdę przeterminowany, gdy zmieni się jego zapach, kolor, konsystencja, pogorszy się pigmentacja. Trzeba je zatem obserwować.


Cienie mieszczą się w czarnej, schludnej kasetce, która w środku ma duże lusterko, bardzo przydatne w podróży i nie tylko. Paleta zamykana jest na zatrzask. Niestety zauważyłam, że zatrzaski tych nowszych paletek szybko się wyrabiają - tak się stało u mnie w przypadku paletki Darks i Oh So Special. Z tego powodu muszę opasać te paletki gumką recepturką, gdy chcę je gdzieś transportować, bo mogą łatwo się otworzyć. Z zatrzaskiem palety Au Naturell jeszcze nic takiego się nie stało, ale ona nie była jeszcze aż tak dużo używane jak dwie wspomniane przed chwilą paletki, więc obawiam się, że z czasem i w tym przypadku zatrzask za mocno się wyrobi. Nie mam natomiast takiego problemy z paletą Paraguaya, mimo że swego czasu katowałam ją niemiłosiernie. A Paraguaya ma przecież to stare opakowanie z dużym napisem i w tym opakowaniu zatrzask wygląda inaczej i jest mocniejszy. Może i trochę trudniej otworzyć przez to tą paletę, ale przynajmniej nie mam obawy, że zatrzask wyrobi się w ciągu kilku miesięcy używania, jak miało to miejsce w przypadku Darks czy OSS.


Dość już filozofowania o opakowaniu, bo najważniejsza jest przecież jego zawartość :)

Opiszę pokrótce poszczególne kolory:
NOUGAT - według mnie jest to matowa biel, nie aż tak śnieżnobiała jak biel w palecie Darks, ale wciąż biel - nie dostrzegam tu żadnych kremowych czy innych kolorystycznych tonów. Pigmentacja nie powala, ale efekt można stopniować. Ładnie rozjaśnia wewnętrzny kącik i łuk brwiowy, choć w roli rozświetlacza nie sprawdzi się u ciemniejszych karnacji.

NUBUCK - matowa jasna szarość. Bez bazy ma kiepską pigmentację, z bazą jest już dużo lepiej, ale nadal szału nie ma. Najczęściej używam ją w załamaniu powieki, ale generalnie jakoś nie bardzo mi się podoba ten kolor na moich oczach (pewnie dlatego, że mam szaro-zieloną tęczówkę).

CAPPUCCINO - bardzo ładny matowy beżyk (aczkolwiek ładniejszy jest w OSS). Całkiem fajny jako cień bazowy, ale najbardziej lubię go stosować w szybkich dziennych makijażach do podkreślania załamania, gdyż mam głęboko osadzone oczy i mocne podkreślanie załamania jest u mnie niewskazane. Ten kolor również ma słabą pigmentację, jeżeli użyjemy go bez bazy.

HONEYCOMB - matowa, jasna wanilia. Rzadko używam takich kolorów, choć przy niektórych bardziej kolorowych makijażach zdarza mi się stosować ten cień do rozcierania, czy jako bazowy na ruchomej powiece, albo w wewnętrznym kąciku. U ciemnych karnacji może się sprawdzić jako matowy rozświetlacz. Bez bazy ma kiepską pigmentację.

TOAST - matowa, jasna, pastelowa pomarańczka, taka morelowa. Bardzo mi się podoba i znalazła u mnie wiele zastosowań. Tutaj pigmentacja jest całkiem sensowna, jak na jasny matowy cień.

TAUPE - chyba najbardziej osławiony cień w całej palecie. Również przychylam się do opinii, że jest wspaniały. Jest to perłowe, szampańskie złoto. Świetny na całą powiekę, czy jako rozświetlacz w wewnętrznych kącikach. Kolor piękny, taki trójwymiarowy.

CONKER - perłowy, ciepły brąz, dość ciemny. Świetny do smokey, do przyciemniania załamania, do zewnętrznego kącika, na dolną powiekę, do kreski - co kto lubi ;)

MOSS - zieleń khaki o wykończeniu między perłą a satyną - nie jest to typowa sleekowa perła, tutaj odbicie światła jest bardzo subtelne. Kolor jest naprawdę bardzo ładny i ma wiele zastosowań.

BARK - chłodny, matowy, średni brąz. Dziewczynom z ciemnymi włosami może służyć do zaznaczania brwi. U mnie sprawdza się w roli delikatnej dziennej kreski, ale ma też wiele innych zastosowań - w końcu ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia ;)

MINERAL EARTH - perłowy, chłodny, dość ciemny brąz. Faktycznie kojarzy się z ziemią. Piękny kolor, który znowu ma mnóstwo zastosowań.

REGAL - podobno każda paleta Sleek ma jakiegoś bubla. I to jest właśnie bubel w Au Naturell. Matowa brązo-śliwka, chłodna, dość ciemna, którą naprawdę trudno się pracuje, bo cień ten jest mega tępy. no twardy jak skała - nawet ze zrobieniem swatch'a miałam ogromny problem, bo palcem nie da się go ruszyć - musiałam dłuższą chwilę skrobać po nim sztywnym pędzelkiem języczkowym do cieni, by móc go trochę nabrać na rękę. Makabra - nie mam ochoty się ciągle tak bawić, więc w ogóle tego cienia nie używam. Może mój egzemplarz jest jakiś wadliwy... Oświećcie mnie :)

NOIR - sklasyczna, sleekowa, matowa czerń, bardzo mocno napigmentowana, wręcz smolista. Trzeba uważać przy aplikacji, bo ten cień jako jedyny w palecie dość mocno się osypuje.

A tutaj macie swatche:


Trwałość trudno mi ocenić, bo zawsze noszę te cienie na bazie.

Podsumowując:
Generalnie cienie są całkiem fajne. Ale mają też wady - jasne maty koniecznie trzeba nakładać na bazę, by uzyskać sensowną pigmentację. Trochę się też osypują, ale nie jest to jakieś uciążliwe. Wybitnym osypywaniem cechuje się matowa czerń. Najbardziej polubiłam się z ciemnymi i perłowymi cieniami. Te jasne maty na bazie wyglądają w porządku, ale nie mają tego czegoś ;) W wielu makijażach znajdują jednak zastosowanie, więc jestem nawet na tak. Perłowe cienie pokochałam za pigmentację. Totalnym bublem okazał się cień Regal, który jest tępy i z tego powodu trudno go nałożyć i uzyskać sensowną pigmentację.

Paleta ta zawiera neutralne, uniwersalne kolory, dlatego jest moją naczelną paletką wyjazdową - jestem w stanie wykonać nią makijaże dzienne i wieczorowe, praktycznie na każdą okazję. Nie przyda się natomiast fankom kolorów, bo tego tutaj nie uświadczymy. Brakuje mi w niej jeszcze jakiś pośrednich odcieni, bo mamy tu głównie cienie typowo jasne i typowo ciemne. No ale to już zakrawa na czepianie się ;)

Ocena: 4/5

Macie tą paletę? A może wolicie inne palety Sleek, albo w ogóle nie lubicie ich cieni? :)




Recenzja została napisana dla serwisu dobry-salon.pl:


piątek, 5 kwietnia 2013

Zakupy ostatnich tygodni

Hej :)

Ostatnio było u mnie dość spokojnie, jeśli chodzi o zakupy, a było to wywołane, jak wiecie zresztą, przeprowadzką. Po prostu nie chciało mi się tego nie wiadomo ile targać na nowe mieszkanie. W zasadzie mamy jeszcze parę rzeczy do dokupienia, więc staramy się oszczędzać, dlatego prawie wszystkie moje ostatnie kosmetyczne zakupy, to rzeczy potrzebne, które akurat mi się skończyły lub skończą się niedługo. Z tego powodu być może dla części z Was te zakupy będą nudne ;) Teraz zresztą rzadziej mam okazję do zakupów kosmetycznych, bo mieszkam dość daleko od centrum, gdzie znajdują się drogerie typu Rossmann, Hebe, Natura i Superpharm. Zwykle jestem w tamtej okolicy tylko raz w tygodniu i przed zajrzeniem do drogerii robię sobie listę zakupów, by nie zapomnieć o niczym ważnym.

Bez dalszego owijania w bawełnę, przejdźmy do zakupów :)


1) Szampon Babydream - akurat mi się skończył i jak weszłam do Rossmanna, to okazało się, że jest do kupienia w promocyjnej cenie 3,49 zł, więc od razu wzięłam 2 butelki i zastanawiam się czy w przyszłym tygodniu nie dokupić kolejnych, bo nie wiadomo kiedy znowu będzie promocja, a ja zużywam ten szampon w ogromnych ilościach :P

2) Antyperspirant Rexona Crystal Creal Diamond w wersji Invisible - jak dla mnie to to już jest klasyk wśród antyperspirantów. 9,99 zł w Rossmannie.

3) Płyn do higieny intymnej Lactacyd Femina Plus - aż trudno uwierzyć, ale podczas przeprowadzki zaginął mi w akcji klasyczny Lactacyd, więc musiałam kupić kolejny :P Tym razem padło na wersję "Plus", bo ostatnio ciągle mam problemy z podrażnieniami i inne dziwne atrakcje, wywołane zmianami hormonalnymi (jestem pod opieką endokrynologa, żeby nie było). Cena 15,99 zł w Rossmannie.

4) Płatki kosmetyczne Lieliebe, 120 szt. - to chyba oczywisty zakup. Najlepsze płatki z jakimi miałam do czynienia i jak tylko skończy mi się jedna paczka, kupuję kolejną. Kosztują 3,19 zł w Rossmannie, jeśli mnie pamięć nie myli.


5) Szczoteczka do mycia zębów dla dzieci - mnie służy do peelingowania ust. Ok. 4 zł w Rossmannie.

6) Pianka do golenia Isana, wersja brzoskwiniowa - 3,49 zł na promocji w Rossmannie, więc się skusiłam, bo wstyd podkradać ciągle piankę mojemu chłopakowi :P

7) BeBeauty, Miceralny żel do mycia i demakijażu, skóra sucha i wrażliwa - jest to już moje drugie opakowanie, więc za jakiś czas będzie recenzja. Kosztował 4,99 zł w Biedronce.

8) Avon Planet Spa, Zmiękczający krem do stóp i łokci z kwasami AHA - również jest to moje drugie opakowanie. W katalogu nr 4/2013 kosztował 9,99 zł.


Kolorówki mamy tym razem niewiele, ale jak już pisałam, staram się kupować rzeczy najpotrzebniejsze, więc na kolorówkę daję się skusić gdy chciałam to coś kupić już dawno, ale czekałam na promocje lub miałam problem z dostępnością do tej rzeczy.


9) Eyeliner w żelu Maybelline EyeStudio Lasting Drama, kolor 01 Intense Black - wreszcie udało mi się go dorwać. W Toruniu za każdym razem, gdy chciałam go kupić nie było ani jednej sztuki na półce. Dorwałam go w końcu w Rossmannie w moim rodzinnym mieście, gdzie nabyłam go w promocyjnej cenie 27,19 zł. W opakowania znajduje się eyeliner w słoiczku i pędzelek (nie wyobrażam sobie jakoś wykonania tym pędzelkiem cienkiej kreski, taką średnią pewnie da się zrobić).

10) Szminki Avon Ultra Colour Rich w kolorach Carnation (z lewej) i Pout (z prawej), które na zdjęciach z powodu kiepskiego, prawie wieczorowego światła, wyglądają na niemal identyczne. Faktycznie Carnation to taki typowy róż, nieco pudrowy, niezbyt intensywny, a Pout to taki jasny, nudziakowy róż (nie mylić z beżowym różem). Kupiłam je w promocji łączonej w katalogu nr 4 - łącznie za obie sztuki dałam 25,99 zł i tym samym zdobyłam ostatnie dwie szminki Avonu, które były na mojej chciej-liście.

Dajecie się czasem skusić promocjom czy kupujecie tylko te kosmetyki, które planowałyście wcześniej kupić? :)


czwartek, 4 kwietnia 2013

Kosmetyki w nowym mieszkanku

Hej :)

Nareszcie mam dosłownie chwilkę, by coś dla Was napisać. Dzisiaj będzie więcej do oglądania - zobaczcie jak moje kosmetyki urządziły się w nowym mieszkanku :) Na zdjęciach jest stan sprzed tygodnia, a ja cały czas coś zmieniam, bo ciągle mi coś nie odpowiada, ale to są w zasadzie drobne zmiany.

Po przeprowadzce moja pseudo-toaletka zamieszkała w komodzie. Zajmuje 2/3 powierzchni blatu i dwie szuflady. Jest tam wszystko, oprócz kosmetyków, które używam wyłącznie w łazience - one są w łazience i na półce regału. Cała reszta jest w komodzie (lub na komodzie). Zobaczcie same jak to wygląda:


Na blacie mamy:
1) szkatułka na biżuterię
2) pudełko z pielęgnacją twarzy - miałam nadzieję, że tym razem nie będę trzymać go na wierzchu, ale niestety nie mogłam sobie pozwolić na zapełnienie kosmetykami trzeciej szuflady, więc i tym razem mam kosmetyki do pielęgnacji twarzy na wierzchu
3) doniczka z pędzlami
4) stojak na waciki
5) okulary i nakładki przyciemniające szkła okularowe, schowane w etui - muszę niestety trzymać okulary na widoku, żeby nie zapomnieć ich założyć przed wyjściem, bo sklerotyczka jestem :P
6) srebro koloidalne - teraz stoi tuż przy spadzie, bo tam ma więcej cienia
7) suchy szampon Batiste - też stoi na wierzchu, żeby przed ekspresowym wyjściem nie wywalać całej szuflady w poszukiwaniu go :P
8) przybory do włosów - większość jest w tym czerwonym pudełku, a to czego używam najczęściej leży na wieku pudełka. Jak widać, ja naprawdę preferuję politykę "Wszystko co ważne, niech będzie na wyciągnięcie ręki" :P
9) zapachy
10) lusterko - teraz stoi na moim ozdobnym koszu na pranie, który jest obok komody, ale bliżej okna - tam właśnie mam miejsce żeby usiąść (na skraju łóżka) i tam mam najlepsze światło do makijażu. W miejscu gdzie było lustro zostały te pierdułki, które przy nim leżały, czyli obcinaczka do paznokci, zalotka, pęseta
11) kubeczek po rosyjskim mydle, w którym trzymam maskary, kredki, pędzle o krótkich trzonkach, itp.
12) jeszcze więcej biżuterii :D - tu akurat leży ta używana na co dzień
13) tabletki ze skrzypem - też na wierzchu, żebym nie zapomniała ich łykać (a i tak zapominam :P)
14) masełko do ust - zawsze musi być na wyciągnięcie ręki
15) paleta Sleek Au Naturell - do szybkich poprawek makijażu oka, ale w sumie częściej korzystam z jej lusterka, gdy nie odpowiada mi kąt pod jakim widzę swoją twarz w stojącym lusterku, bo cały czas jeszcze kombinuję z jego ustawieniem
16) szminka (aktualnie Avon UCR w kolorze Carnation) - do szybkich poprawek ust tuż przed wyjściem

Wstyd się przyznać, ale jak ostatnio nie mam czasu, to prawie wszystkie kosmetyki, których używam ostatnio codziennie, leżą sobie na blacie komody, zamiast w szufladzie, bo nie chce mi się ich szukać po szufladzie, a potem chować. Mam nadzieję, że to się zmieni jak skończy mi się ten ciężki tydzień (aby jakoś do poniedziałku :D).

Przejdźmy do zawartości niekochanej ostatnio szuflady (z powodu pośpiechu oczywiście :D):


1) palety cieni Sleek
2) mały koszyczek z drobiazgami typu bazy, pigmenty, balsamy do ust, małe paletki cieni itp. Na wierzchu leży rozświetlacz The Balm Mary-Lou Manizer, o który cały czas się boję, że jak go postawię, to się gdzieś poturla, przewróci i potłucze, a tani nie był ;)
3) pudełeczko ze szminkami
4) samodzielnie robione paletki cieni
5) pudełko z błyszczykami
6) różnego rodzaju patyczki kosmetyczne - swoją drogą to chyba przeniosę je na wierzch komody, bo będzie wygodniej wtedy
7) kuleczki bronzujące Avon i obok puder mineralny Jadwiga
8) kosmetyki mineralne
9) kosmetyki do konturowania - bronzery i róże
10) lakiery do paznokci, naklejki do paznokci, odżywki do paznokci, itp.
11) sztuczne rzęsy, klej Duo, jakaś klarma do włosów
12) puste opakowania, które mogą się przydać, nieużywany pędzel, lateksowa gąbeczka utetłana lakierem do paznokci po robieniu ombre, kosmetyczka z próbkami szminek Avon

Jak widać, z tyłu znajduje się jeden wielki misz-masz mało używanych rzeczy.

Szuflady z pielęgnacją ciała może lepiej nie pokazywać, bo tam jest teraz jeden wielki chaos, no ale zaryzykuję, żeby nie było że coś przed Wami ukrywam:


Masakra, prawda? Na szczęście to stan sprzed tygodnia - teraz już wygląda to trochę lepiej i powoli wprowadzam tam ład. Ach te przeprowadzki...

Jak widać obecne urządzenie moich kosmetyków szału nie robi, bo i nie mam na nie zbyt wiele miejsca. Ale będę kombinować dalej - może coś fajnego z tego wyjdzie. Może Wy coś mi podpowiecie? :)

Na pewno ten jeden wielki misz-masz odzwierciedla doskonale mój aktualny tryb życia - zabieganie i ciągły pośpiech. Nawet w moim makijażu to widać - zawsze lubiłam ciekawy makijaż oka, a teraz ograniczam się do tuszowania cieni, lekkiej korekcji brwi, delikatnej eyelinerowej kreski i tuszu do rzęs - masakra :D

Obiecuję, że jutro postaram się przyjść z mniej bałaganiarską notką i przepraszam za ten wpis wszystkie porządnickie dziewczyny ;)


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Przed-przeprowadzkowe denko, sprzedaż i wymianka :)

Witajcie :)

Wreszcie nadszedł czas na wrzucenie mojego denka sprzed przeprowadzki. Obejmuje ono zatem okres 1-23 marca, czyli około 3 tygodnie. Produkty, które zdenkowałam po przeprowadzce włączę do kwietniowego denka (może dzięki temu będzie ono pokaźniejsze, hehe :P).


1) Platki kosmetyczne Lieliebe, 120 szt. - chyba nie muszę ich nikomu przedstawiać. Lubię je, bo odpowiada mi ich struktura, nie rozwarstwiają się, dobrze czyści się nimi twarz i nie podrażniają skóry. Następca: jak zwykle płatki kosmetyczne Lieliebe.

2) Chusteczki do demakijażu BeBeauty do wszystkich typów cery - uwielbiam, jak wiecie. Muszę w końcu zrobić o nich osobną notkę. Następca: z początku chusteczki-mordercy z Alterry. Zaraz po ich porzuceniu powróciłam jako użytkowniczka marnotrawna do chusteczek BeBeauty, których już nigdy nie zdradzę na rzecz ciekawości innymi markami.

3) Lakier do paznokci Essence w kolorze butelkowej zieleni, którego nazwy i nr nie pamiętam, bo się wszystko starło. Zużyłam go prawie całkowicie, końcówka na dnie totalnie zgęstniała i przypominała już gumę arabską, więc wylądowała w koszu. Lubię lakiery Essence, tylko szkoda, że tak szybko gęstnieją - czasami nawet w połowie butelki.

4) Lakier do paznokci Essence Colour & Go, 79 Viva La Green, czyli ni to mięta, ni to seledyn, a zatem piękny, nietypowy kolor. Wiem, że dziewczyny narzekały na fatalną trwałość, co mnie zdziwiło, bo u mnie zwykle lakiery trzymają się na paznokciach do 2 dni, a ten wytrzymywał bez odprysków i otarć nawet do 4 dni. Kupiłabym nawet ponownie, ale nie ma go już w sprzedaży.

5) Szampon Green Pharmacy z nagietkiem lekarskim do włosów normalnych i przetłuszczających się - wiązałam z nim spore nadzieje, choć nie oczekiwałam wielkiego wow, bo w końcu to tylko szampon. Niestety w moim przypadku okazał się totalnym bublem. Mimo dość fajnego składu kiepsko mył włosy, prawie w ogóle się nie pienił, był strasznie niewydajny i, co najgorsze, okropnie plątał mi włosy, no po prostu jakaś tragedia. W tym przypadku więc kiepska wydajność okazała się błogosławieństwem i bardzo cieszę się, że ten szampon nareszcie mi się skończył. Zmniejszenia przetłuszczania skóry głowy też nie zauważyłam - to dał mi dopiero szampon Babydream. Następca: Szampon Babydream i Szampon L'Biotica Biovax do włosów suchych i zniszczonych.

6) Maseczka do twarzy Naturia Siberica - fajna dla skóry wrażliwej, ma działanie odżywcze. Lubię, ale nie jest to jakiś must have, zwłaszcza gdy widzę jakie ceny osiąga w Polsce (w Rosji kupiłam ją za ok. 6 zł, więc żal było nie brać). Następca: mam zamówioną na jej miejsce maseczkę Avon Planet Spa z żeń-szeniem, bo stwierdziłam, że przyda mi się jakieś rozświetlenie na wiosnę.

7) Ziaja, Tonik rumiankowy - recenzja TUTAJ. Nie polubiłam go, pod koniec miałam nawet wrażenie jakby lekko podrażniał moją skórę. Nic nie robił, nie zwężał porów, więc nie nie nie i jeszcze raz NIE! Następca: Srebro koloidalne.

8) Woda toaletowa Avon Celebre - delikatny, dziewczęcy, świeży zapach. Lubię, nawet bardzo, ale od dłuższego czasu sięgam po trochę cięższe zapachy, więc po ten raczej nieprędko sięgnę ponownie.

9) Żelowy eyeliner Essence 01 Midnight In Paris - może mnie trafił się jakiś wadliwy egzemplarz, ale po pierwsze nie nazwałabym tego eyelinera wodoodpornym, a po drugie nie odpowiada mi jego konsystencja - dla mnie jest on za rzadki jak na żelowy eyeliner i za gęsty jak na eyeliner w płynie. Bardzo często sklejał mi rzęsy. Zagęścić byłoby go trudno, więc wybrałam opcję rozcieńczania do konsystencji bardziej płynnej. Musiałam więc używać Duraline, żeby łatwiej mi się go rozprowadzało. Teraz do Natur weszła podobno lepsza formuła, więc może te nowe eyelinery lepiej się sprawdzą. Za ok. 10 zł i tak ciężko znaleźć lepszy eyeliner w żelu. Ja jednak mam teraz na oku eyeliner w żelu Maybelline i kupię go jak skończy mi się mój obecny eyeliner. Następca: Maybelline eyeliner w pisaku Master Precise i Maybelline EyeStudio Lasting Drama, eyeliner w żelu (używam go krótko, ale już mogę powiedzieć, że konsystencję ma 100 razy lepszą niż ten eyeliner Essence, no ale tutaj cena jest prawie 3-krotnie wyższa niż eyelinera Essence).

10) Maskara Rimmel Extra Wow Lash - recenzja TUTAJ. Byłam z niej średnio zadowolona, o czym szerzej w recenzji. Następca: Maybelline The Falsies Volum.

11) Maskara Wibo Extreme Lash Volum - jedna z najtańszych i jednocześnie najlepsza maskara, jaką do tej pory miałam. Wciąż co prawda szukam ideału, ale czuję, że do tego tuszu jeszcze będę powracać, zwłaszcza w słabszych finansowo miesiącach. Recenzja TUTAJ. Następca: Maybelline The Falsies Volum.

12) Błyszczyk Kobo Pearl 'N' Mineral nr 105 Sweet Orange - niestety szczypał mnie w usta, więc mało go używałam, aż w końcu się przeterminował :/ Żałuję że nie oddałam go siostrze, bo ona lubi błyszczyki Kobo i jej krzywdy one nie robią. Recenzja TUTAJ.

13) Błyszczyk Kobo Pearl 'N' Mineral nr 115 Forest Fruits - ten z kolei nie szczypał i bardzo go polubiłam, szczególnie za kolor. Niestety jest już raczej nie do zdobycia. Wyrzuciłam, bo się przeterminował (kupiłam go na wyprzedaży, więc miał krótką datę ważności). Recenzja TUTAJ.

14) Bell, BB Cream 7 in 1 Skin Adapt - recenzja TUTAJ. Byłam z niego naprawdę zadowolona i pewnie jeszcze do niego powrócę. Następca: Podkład mineralny kryjący Annabelle Minerals.

15) Żel pod prysznic Original Source Chocolat & Orange - recenzja TUTAJ. Zachowałam sobie po nim zamknięcie, by w razie ponownego kupna jakiegoś żelu tej marki mieć nakrętkę z silikonowym zaworkiem. Następca: żel kokosowy Joanna.

16) Farba do włosów w piance Wellaton, odcień Wiśniowa Czerwień. Recenzja TUTAJ.


Ponadto przed przeprowadzką kilka rzeczy sprzedałam lub oddałam w dobre ręce.



Sprzedałam:
1) 2 lakiery Sensique - nie pamiętam kolorów, jakoś nie lubię lakierów tej marki.
2) Lakier Essence Colour & Go, Mellow Yellow - konsystencja mi nie odpowiadała.
3) 2 lakiery Wibo Color Trend - znów nie pamiętam kolorów. Jakość ujdzie, ale nie trafiłam z kolorami.
4) Odżywkę utwardzającą do paznokci My Secret, która mi nie służyła.
5) 2 szminki Avon - w jednej nie odpowiadał mi kolor, a w drugiej formuła, nie pamiętam ich nazw.
6) Bronzer ELF Cool - kolor dla mnie za ciemny, a poza tym mam za dużo bronzerów.
7) Rozświetlacz Essence Wild Craft - zaczęły mi w nim przeszkadzać drobinki, mimo że nie są jakieś chamskie. Na dzień wolę jednak coś delikatniejszego. Po puszczeniu go w świat kupiłam w to miejsce The Balm Mary-Lou Manizer i był to strzał w dziesiątkę, bo ten rozświetlacz jest naprawę uniwersalny.
8) Tester cieni poczwórnych Maybellinr Purple Drama - dla mnie te cienie miały za dużo chamskich drobinek, które osypywały się i migrowały po całej twarzy!!!

Oddałam:
1) Woda toaletowa Avon Timeless - dla mnie ma za mocny i za poważny zapach. Powędrowała do mojej mamy.
2) Maskara My Secret 3 in 1 - dla mnie cały czas jest za rzadka, mimo że otwierałam ją w listopadzie. Łatwo o sklejenie rzęs, jeśli się nie uważa. No i u mnie strasznie się odbijała. Za to ładnie wydłuża i silikonowa szczoteczka dobrze rozczesuje rzęsy. Na rzęsach mojej siostry wygląda natomiast rewelacyjnie, ale na jej gęstych, ciemnych i długich rzęsach wszystkie tusze rewelacyjnie się prezentują :P

Siostrzana wymianka:
1) Oddałam błyszczyk Bell kupiony w Biedronce, który ma piękny kolor, ale wnerwia mnie jego kiepska trwałość. W zamian dostałam trwały, półtransparentny błyszczyk Essence w tubce, który ma smak wiśni.
2) Oddałam błyszczyk w tubce Kobo, ten  który strasznie mnie szczypał, o czym pisałam w szminkowo-błyszczykowym poście jakiś czas temu. W zamian dostałam podwójny cień Miss Sporty (nie miałam wcześniej do czynienia z cieniami tej firmy, więc chętnie przetestuję. Moja siostra narzeka na osypywanie i kiepską trwałość, no ale ona nie używa bazy, bo twierdzi, że jej niepotrzebna i szaleje za cieniami Rimmela, bo one jej się bez bazy super trzymają :P).

No i tak wyglądało moje 3-tygodniowe pozbywanie się nadmiaru kosmetyków. Uważam, że nadal mam tego trochę za dużo, dlatego teraz będę się starać jak najmniej kupować i jak najwięcej denkować, bo nie lubię marnotrastwa.

A Wy w jaki sposób pozbywacie się nadmiaru kosmetyków? :)