poniedziałek, 12 listopada 2012

Szminko-błyszczyk Kobo Professional Extreme Gloss, 205 India Rose

Witajcie :)

Dziś recenzja szminko-błyszczyka Kobo Professional Extreme Gloss w kolorze 205 India Rose.


Opakowanie ładnie wygląda i jest bardzo praktyczne - lekko opornie się otwiera, ale dzięki temu szminko-błyszczyk nie otworzy się w torebce czy kosmetyczce, gdy nosimy go przy sobie (co nie raz mi się zdarzyło przy innych szminkach). Napisy niestety dość szybko się ścierają, ale jest to dość częste, jeśli chodzi o opakowania Kobo.

Kolor naklejki ze spodu opakowania dość mocno różni się od koloru szminko-błyszczyka, więc radze przy wyborze się nim nie sugerować.

Tak prezentuje się swatch tego kosmetyku:


A tak kolor prezentuje się na ustach:


Jak widać, jest to chłodny róż, ciemniejszy od koloru moich ust, ale nie bardzo ciemny. Kupując go liczyłam na większe krycie, jednak w praktyce kolor okazał się półtransparentny. Z początku byłam tym zawiedziona, jednak po jakimś czasie przekonałam się do tego kosmetyku. Doskonale sprawdza się w makijażu dziennym, gdy chcę trochę podkreślić usta chłodnym kolorem. Szminko-błyszczyk wbrew moim obawom nie wysusza ust - nie muszę pod niego nakładać balsamu nawilżającego. Nadaje ustom subtelny błysk, co nadaje wyglądowi świeżości i lekkości. Zapach kosmetyku jest niestety chemiczny, bliżej nieokreślony.

Mój szminko-błyszczyk należy zużyć do grudnia 2014 roku, więc jeszcze długo mi posłuży. Cena też była okazyjna - ok. 10 zł w promocji. Szkoda tylko, że producent nie podaje gramatury produktu, ale w przypadku kolorówki Kobo jest to praktycznie standard.

Podsumowując:
+ piękny kolor lekko ciemnego, chłodnego różu
+ nadaje ustom subtelny błysk
+ nie wysusza ust, nie wymaga stosowania balsamu nawilżającego
+ opakowanie lekko opornie się otwiera, dzięki czemu produkt nie otworzy się niespodziewanie w torebce
+ przystępna cena w promocji

+/- kolor półtransparentny (kiepska pigmentacja)

- chemiczny zapach
- dość szybko ścierają się napisy z opakowania

Ocena: 3,5/5

niedziela, 11 listopada 2012

Wzmacniająca odżywka do paznokci z ceramidami, My Secret

Witajcie :)

Dzisiaj krótka recenzja  wzmacniającej odżywki utwardzającej My Secret.


Nie spodziewałam się po niej cudów, jeśli chodzi o działanie odżywcze. Zakupiłam ją, bo oczekiwałam utwardzacza i w zasadzie tego od niej oczekiwałam.

Przejdźmy zatem do konkretów.

Opakowanie jest całkiem zwyczajne. Trochę denerwuje mnie, że nie mogę dokręcić nakrętki, by jej obrys pokrywał się z obrysem opakowania, ale nie będę się czepiać.

Pędzelek jest w sam raz - ani za duży, ani za mały.

W środku znajduje się odżywka utwardzająca w kolorze waniliowym. Na paznokciach daje ona przezroczysty efekt. Za duży plus mogę uznać to, że po aplikacji odżywka bardzo szybko zasycha. Stosowałam ją głównie jako bazę pod kolorowy lakier, więc było to dla mnie bardzo ważne, gdyż mogłam szybko zacząć aplikację kolorowego lakieru. Odżywka faktycznie dobrze utwardza paznokcie. Szkoda, że nie będzie mi dane jej zdenkować - kilka razy używałam ją i odstawiałam, gdy miałam problemy z paznokciami i metodą prób i błędów odkryłam, że właśnie ta odżywka powoduje u mnie niszczenie płytki paznokcia, która jest matowa, szorstka, czasami wręcz poharatana, co naprawdę mnie przeraziło. Nie piszę, że jest to zły produkt, gdyż każda z nas jest inna i na każdą dany kosmetyk inaczej działa. U mnie ta odżywka niestety się nie sprawdziła.

Pojemność: 10 ml. Data ważności: 24 miesiące od otwarcia. Cena w promocji: 3,75 zł, regularnej nie pamiętam.

Podsumowując:
+ szybko zasycha
+ dobrze utwardza
+ opakowanie w porządku
+ przezroczysta barwa na paznokciu
+ niska cena

- odżywka zniszczyła mi płytkę paznokcia :(

Ocena: 2/5 (dałam aż 2, bo wiem, że nie wszystkim niszczy paznokcie, a przecież szybko schnie i dobrze utwardza)

sobota, 10 listopada 2012

Bibułki matujące z pudrem Kobo Professional

Witajcie :)

Dzisiaj recenzja bibułek matujących z pudrem Kobo Professional, które w ciągu ostatniego miesiąca używałam bardzo często z racji częstych imprez, spotkań i innych wyjść. Zresztą przydają się nawet na uczelni, gdy mam jakiegoś pecha (zła klimatyzacja w salach wykładowych itp.) i podkład niespodziewanie chce zacząć wędrować po mojej twarzy ;)

Tak prezentują się wspomniane bibułki:


Otwieranie opakowania:
Jak widać po moim egzemplarzu, otwieranie może być trochę problematyczne - u mnie ta zamykająca wypustka ciężko wychodzi z opakowania przez co nawet się lekko podarła.

Otwór do wyciągania bibułek jest dość wąski - z jednej strony jest to plus, gdyż bibułki nam nie wypadną, gdy przypadkowo przechylimy lub upuścimy otwarte opakowanie, jednak z drugiej strony, gdy opakowanie jest pełne, naprawdę trudno jest wydobyć z niego bibułkę, zwłaszcza, gdy chcemy wyciągnąć tylko jedną. Ale generalnie opakowanie mi się podoba - czarne, proste, eleganckie, mieści się do małej kosmetyczki, no i bibułki są w nim dobrze zamknięte.

Tak wygląda pojedyncza bibułka:



Kilka słów od producenta:


W opisie użycia producent wyraźnie zaznacza, że nie należy twarzy pocierać bibułkami. Jest to prawda, gdyż w ten sposób ryzykujemy, że zetrzemy po prostu nasz makijaż. Bibułki należy przykładać - wtedy makijaż pozostaje na swoim miejscu i do tego zostaje utrwalony.

Moja opinia: Bibułki są łatwe w stosowaniu. Są bardzo praktyczne - mieszczą się nawet w małych kosmetyczkach i torebeczkach, dzięki czemu zawsze mogę mieć je przy sobie. Na jedno użycie, w zależności od ilości wyprodukowanego przez skórę mojej twarzy sebum wystarcza mi 1-2 bibułki, przy czym używam tych bibułek zwykle w ekstremalnych warunkach dla mojej skóry (w normalnych podkład trzyma się bez zarzutu przynajmniej 8 godzin). Bibułki wystarczają mi więc na bardzo długo, gdyż w opakowaniu jest 50 sztuk. Data ważności wynosi 12 miesięcy od otwarcia opakowania, więc nie muszę się też martwić, że nie zdążę ich zużyć przed upływem tego terminu.

Jeśli chodzi o efekt, to również mnie zadowala - w zależności od warunków bibułki przedłużają trwałość mojego makijażu o kolejne 2-5 godzin. Początkowo byłam tylko nieco sceptycznie nastawiona do pudru z bibułek, ale i tak je kupiłam z czystej ciekawości. Okazało się, że ten puder nie tworzy maski na naszej twarzy i w zasadzie jest półtransparentny - ma delikatne beżowe zabarwienie.

Cena regularna: ok. 14 zł, w promocji można upolować za ok. 10 zł (ja tak zrobiłam).

Przyznaję, że te bibułki naprawdę mi się spodobały i zapewne zakupię kolejne opakowanie.

Podsumowując:
+ przedłużają trwałość makijażu
+ pozostawiają makijaż na swoim miejscu
+ nie tworzą efektu maski
+ ładnie matują twarz
+ ładne opakowanie, z którego bibułki nie mają prawa wypaść
+ cena

- otwieranie opakowania czasami bywa trudne i wymaga trochę cierpliwości
- gdy opakowanie jest pełne, trudno wyciągnąć z niego bibułkę, zwłaszcza pojedynczą

Ocena: 4,5/5

piątek, 9 listopada 2012

Pielęgnacja mojej twarzy

Witajcie :)

Dziś trochę o pielęgnacji mojej twarzy.


Długo zbierałam się do napisania tego posta. Myślałam, że będzie strasznie długi, albo niekompletny, bo co jakiś czas coś w pielęgnacji mojej twarzy zmieniam. W końcu doszłam do wniosku, że taki długi to on nie będzie, bo ta pielęgnacja nie jest jakaś skomplikowana. A gdy zajdą w niej jakieś większe zmiany, po prostu za parę miesięcy napiszę kolejny post na ten temat.

Na początek przypomnę, że mam dość wymagający typ cery - mieszana, wrażliwa ze skłonnością do trądziku. Zmienia się ona nieco w zależności od pory roku - latem jest bardziej tłusta, zaś zimą bardziej sucha. Skóra na policzkach ma sporą skłonność do przesuszania, zaś strefa "T" do tłuszczenia i błyszczenia. Ze względu na te tendencje zmieniam nieco pielęgnację, w zależności od pory roku. Nigdy zresztą nie trzymam się jakiegoś stałego schematu, tylko na bieżąco zwracam uwagę na to czego moja skóra potrzebuje. Niezależnie od pory roku kroki pielęgnacji wyglądają w zasadzie tak samo. Zmieniają się jedynie rodzaje kosmetyków, których do tych czynności używam - przykładowo latem używam najczęściej maseczek oczyszczających, zaś w chłodniejszych miesiącach częściej stawiam na nawilżenie; latem najczęściej nakładam na całą twarz pod makijaż krem matujący (jeżeli poliki się nie przesuszają), jesienią i wiosną robię podział na krem matujący w strefie "T" i nawilżający na polikach, zaś zimą przeważnie na całą twarz nakładam krem nawilżający. Tak mniej więcej te zmiany wyglądają.

Przejdźmy zatem do właściwych kroków w pielęgnacji mojej twarzy.

Pielęgnacja wieczorna:

Zacznę od niej, gdyż pielęgnacja poranna jest w zasadzie jej kontynuacją.

Pierwszą czynnością jest oczywiście demakijaż. Najpierw za pomocą płynu dwufazowego zmywam makijaż oczu (aktualnie Ziaja, ale płyny do demakijażu akurat często zmieniam, bo lubię testować nowe). Następnie całą twarz przecieram chusteczkami do demakijażu BeBeauty. Potem idę do łazienki, ciepłą wodą moczę ręczniczek z mikrofibry (bardzo dobrze ściąga zanieczyszczenia), na twarz nakładam mydło do twarzy (aktualnie antybakteryjne Protex Fresh, ale tutaj też często zmieniam kosmetyki) i zmywam je z twarzy za pomocą tego właśnie ręczniczka. Trzeba uważać, żeby trzeć delikatnie, bo łatwo o podrażnienie skóry. Przemywanie twarzy za pomocą ręczniczka z mikrofibry stanowi jednocześnie codzienny mechaniczny peeling. Ręczniczek bardzo dobrze zmywa resztki makijażu. Następnie na całą twarz nakładam krem nawilżający (aktualnie oliwkowy z Ziaji). I tak wygląda właśnie moja codzienna pielęgnacja wieczorna - naprawdę prymitywna ;) Na co dzień wieczorem skupiam się na oczyszczaniu i nawilżeniu.



2 razy w tygodniu wieczorem wykonuję peeling enzymatyczny i nakładam maseczkę (najczęściej jest to środa i sobota). Wtedy wykonuję mój zwykły demakijaż i oczyszczanie twarzy za pomocą ręczniczka, następnie robię peeling enzymatyczny, po zmyciu go nakładam maseczkę, którą zmywam potem mydłem do twarzy za pomocą ręczniczka z mikrofibry, a na koniec nakładam na twarz krem nawilżający. Rzadko stosuję przez dłuższy czas ten sam rodzaj maseczki. Jesienią maseczkę oczyszczającą nakładam średnio co 2 tygodnie, gdyż maseczki oczyszczające wysuszają nieco skórę moich policzków, które o tej porze roku potrzebują większego nawilżenia. Dlatego obecnie raz w tygodniu robię maseczkę nawilżającą i przynajmniej raz na 2 tygodnie robię maseczkę odżywiającą, by dzięki witaminom w niej zawartych moja skóra odzyskała naturalny blask. Tak więc jeszcze raz podkreślam, że warto na bieżąco zwracać uwagę na potrzeby naszej skóry i nie trzymać się kurczowo ciągle tych samych typów kosmetyków - no chyba, że nasza skóra nie zmienia swoich wymagań w ciągu roku, ale raczej mało jest takich szczęściar ;)

Pielęgnacja poranna:

Poranna pielęgnacja mojej twarzy jest z kolei tak prymitywna, że bardziej się nie da. Wynika to z dwóch rzeczy - z porannego pośpiechu i właściwego nawilżenia i odżywienia skóry wieczorem, dzięki czemu rano nie muszę się specjalnie wysilać. W nocy moja skóra chłonie składniki dostarczone jej wieczorem. Nie chcąc zepsuć tego efektu, rano nie chcę jej mocno oczyszczać, dlatego ewentualne zanieczyszczenia powstałe w nocy (są one naprawdę minimalne) zmywam nawilżającym tonikiem do cery suchej lub wrażliwej (aktualnie nagietkowa Ziaja).


Następnie nakładam na twarz krem - pod oczy zawsze krem nawilżający, na strefę "T" zwykle krem matujący do cery tłustej, zaś na policzki, podbródek i szyję zwykle krem nawilżający.


Zauważyłyście zapewne, że mimo cery ze skłonnością do trądziku, w mojej pielęgnacji nie ma kosmetyków przeciwtrądzikowych. Wynika to z tego, że metodą prób i błędów dowiedziałam się, że w moim przypadku trądzik wynika z tego, że moja skóra jest wrażliwa (co więcej, dowiedziałam się ostatnio, że jest to typowy tzw. trądzik dorosłych, czyli wynikający z zanieczyszczeń środowiska, złej diety i stresu). W praktyce oznacza to tyle, że typowe antybakteryjne kosmetyki przeciwtrądzikowe ze składnikami aktywnymi podrażniają moją wrażliwą cerę, na co reaguje ona wzmożoną produkcją sebum. W przypadku, gdy nie jest ona wystarczająco dobrze oczyszczona pory zatykają się i tworzą się krostki (na powstawanie których zresztą mają również wpływ problemy hormonalne, stres, zła dieta i zanieczyszczenia środowiska, jak wcześniej wspomniałam). Prostota mojej pielęgnacji wynika także z zasady "mniej znaczy lepiej" - gdy używamy zbyt wiele różnych kosmetyków może dojść z kolei do tzw. trądziku kosmetycznego, do czego również nie chciałabym dopuścić.

Warto także wspomnieć, że w celu lepszej ochrony mojej twarzy przed zanieczyszczeniami za dnia i uniknięcia zapychania porów już jakiś czas temu zaczęłam stale stosować podkład i puder mineralny.

Moja aktualne pielęgnacja twarzy jest w zasadzie najlepsza, jaką stosowałam do tej pory. Dojście do niej zajęło mi kilka lat i przez ten czas popełniłam naprawdę wiele błędów. Na razie ta opcja najlepiej się sprawdza - stosuję ją już prawie rok.

A jaka jest Wasza codzienna pielęgnacja skóry twarzy? Czy Wam również zajęło wiele czasu znalezienie optymalnego rozwiązania? :)

czwartek, 8 listopada 2012

Przyciemniające nakładki na okulary korekcyjne

Witajcie :)

W środę przyszła do mnie taka oto malutka paczuszka:


Jest to moje ostatnie zamówienie z Allegro - nakładki polaroidowe na okulary korekcyjne, które mają być dla okularów korekcyjnych powłoką przeciwsłoneczną. Jest to naprawdę świetny wynalazek, gdy ktoś potrzebuje okularów przeciwsłonecznych, pełniących jednocześnie funkcję korekcyjną i nie chce jednocześnie nosić dwóch par okularów. Ja zakupiłam te okulary ze względu na mój obecny kurs prawa jazdy - w przyszłym tygodniu zaczynam jazdy, co prawda słońce aktualnie rzadko mocno świeci, ale kto wie czy wkrótce nie spadnie śnieg, który odbijając światło w słoneczne dni będzie mnie oślepiać. Nie  mogę niestety prowadzić samochodu bez okularów korekcyjnych ze względu na wadę wzroku, dlatego nie wystarczą mi zwykłe okulary przeciwsłoneczne w celu uniknięcia oślepienia. 

Najpierw myślałam o okularach fotochromowych, jednak przeczytałam potem opinie użytkowników, że do jazdy są one niewystarczające, bo za wolno się przyciemniają i nie jest to wystarczające przyciemnienie. Zdecydowałam się zatem na specjalne nakładki przyciemniające z polaroidem. Oglądałam w Internecie różne modele. Na Allegro mamy głównie nakładki o szkłach sporych rozmiarów za ok. 30 zł, ze sporym, mało dyskretnym mocowaniem do oprawki okularów korekcyjnych. Nie za bardzo uśmiechało mi się noszenie nakładek z wielkim klipsem mocno wystającym nad  mostkiem moich okularów. Nie chciałam także wyrabiać specjalnych oprawek pod nakładki mocowane na magnes. Jednocześnie szukałam nakładek z takim mocowaniem, przy którym nie będzie zbyt wielkiego ryzyka zarysowania szkieł korekcyjnych podczas zakładania i ściągania nakładek.

W końcu znalazłam na Allegro sprzedawcę z nieco większym wyborem nakładek polaroidowych i zdecydowałam się na ten model:


Nakładki są tylko niewiele większe od moich szkieł korekcyjnych. Mocowanie jest dyskretne. Przycisk do odchylania zaczepów, który znajduje się na mostku, jest mały i nie rzuca się w oczy. Na okularach korekcyjnych wygląda to następująco:



Nieźle, prawda? ;) Nakładki przesuwają się jedynie wtedy, gdy poprawiam ich ułożenie, natomiast gdy okulary mam na nosie pozostają cały czas na swoim miejscu, są stabilne i w ogóle się nie przesuwają. Wybrałam kolor czarny, gdyż myślę że dobrze pasuje do czerwonych oprawek. Odległość między szkłami nakładek i okularów wynosi ok. 2 mm, czyli nakładki nie odstają za bardzo, a jednocześnie nie ma możliwości żeby ze szkłami korekcyjnymi nawzajem się rysowały. Jeżeli okażą się trwałe, będą mogły mi posłużyć jeszcze przy kolejnych okularach korekcyjnych. W razie zmiany wady wzroku będę musiała wymienić przecież jedynie okulary, a nie nakładki :) Nawet jeśli w ciągu roku się zarysują, to nie będę żałować zakupu, bo kosztowały jedynie 45 zł plus koszty przesyłki.  Lubię w nich przede wszystkim to, że szybko i łatwo się je zakłada i ściąga, dlatego na stałe zagoszczą w mojej torebce. Szkoda tylko, że sprzedawca załączył do nich tylko miękkie etui z grubej plastikowej folii, bo w takim czymś bałabym się przechowywać te nakładki, zwłaszcza że zamierzam je nosić w torebce i zakładać głównie do jazdy samochodem. Na szczęście jako że jestem okularnicą od 8 lat, porządnych etui do okularów mi w domu nie brakuje, dlatego moje nowe nakładki już znalazły solidny domek ;)

A tak wyglądają okulary z nakładkami na moim nosie:


Wyglądają naprawdę dyskretnie i całkiem stylowo, do tego super komponują się z moimi okularami, dlatego nie wykluczam, że będę w nich czasami chodzić po ulicy w roli okularów przeciwsłonecznych, zwłaszcza w jakiś awaryjnych sytuacjach.

A co Wy sądzicie o tym wynalazku? Słyszałyście wcześniej o takich nakładkach? :)

środa, 7 listopada 2012

Ankieta

Witajcie :)

Jako że Wasza opinia jest dla mnie niezmiernie ważna, bo piszę mojego bloga nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla Was, postanowiłam stworzyć na bocznym pasku ankietę pt.: "Czego chciałabyś więcej na moim blogu?". Innymi słowy, chcę się dowiedzieć jaką tematykę czytając mój blog i inne blogi urodowe preferujecie, czy czegoś Wam w tematyce mojego bloga brakuje, czy posty o niektórej tematyce nie pojawiają się zbyt rzadko lub zbyt często. Potraktuję tę ankietę jako cenną wskazówkę, która pomoże mi w dalszym kierowaniu blogiem. Postaram się wziąć pod uwagę wszystkie Wasze opinie. Nie zmienię oczywiście całkowicie charakteru bloga, gdyż nie chcę w tym wszystkim zgubić siebie i tego co mnie odpowiada.

Ciekawa jestem naprawdę Waszych opinii, dlatego poza wypełnieniem ankiety, możecie rozszerzyć swoją wypowiedź w komentarzach do tego posta, do czego serdecznie Was zachęcam.

Maskara Essence Multi Action False Lashes

Witajcie :)

Dzisiaj szybka recenzja tuszu do rzęs Essence Multi Action False Lashes, do której zbierałam się naprawdę długo - zaraz się dowiecie dlaczego.

Tusz kupiłam w połowie wakacji. Skusiło mnie hasło "False Lashes", bo akurat szukałam jakiegoś mocno podkreślającego tuszu. Utrafiłam go w promocji za ok. 7-8 zł. Za tę cenę otrzymałam 8,5 ml.

Nie spodziewałam się oczywiście efektu sztucznych rzęs, ale oczekiwałam przede wszystkim pogrubienia, gdyż to obiecuje producent. Na opakowaniu napisano, że tusz także wydłuża rzęsy i ma nową lepszą szczoteczkę.

Tak zatem prezentuje się szczoteczka i opakowanie tuszu:


A teraz efekt na moich rzęsach:
Oko z lewej strony zdjęcia: jedna warstwa tuszu, oko z prawej strony zdjęcia: brak tuszu.
Dwie warstwy tuszu na obu oczach

A tutaj dwie warstwy tuszu na oczach zamkniętych
Moja opinia: Tusz jest naprawdę trudny w obsłudze. Nowa, rzekomo lepsza szczoteczka nabiera za dużo tuszu, przez co za dużo nakłada go na rzęsy - są one nim grubo oblepione. Łatwo zatem o sklejanie rzęs. Maskara lubi także zostawiać na rzęsach grudki. Przy umiejętnym nałożeniu jednej warstwy uzyskujemy ładny, naturalny efekt. Gdy się spieszymy, albo nałożymy dwie warstwy, rzęsy się skleją i powstanie efekt pajęczych nóżek :/ Prawie za każdym razem, gdy używałam tego tuszu, rzęsy wymagały po aplikacji solidnego wyczesania. Paskudnie się go aplikuje również na dolne rzęsy - najczęściej otrzymujemy mnóstwo grudek. Ponadto tusz na rzęsach strasznie się osypuje. Szybko zasycha w opakowaniu - chociaż w tym wypadku może to błogosławieństwo, bo nie będę już zbyt długo się z nim męczyć. Na plus oceniam jedynie piękny czarny kolor. Naprawdę dawałam mu wiele szans, ale niestety nic z tego :(

Podsumowując:

+ kolor głębokiej czerni
+ niska cena
+ przy powolnym u umiejętnym nałożeniu jednej warstwy ładne naturalne podkreślenie rzęs

- skleja rzęsy
- osypuje się
- szybko zasycha w opakowaniu
- szczoteczka nabiera za dużo tuszu i nakłada go zbyt wiele na rzęsy
- nie wydłuża
- tworzy grudki

Ocena: 1,5/5

Miałyście styczność z tym tuszem, albo z innymi tuszami Essence lub pozostałych niskopółkowych firm? Jak je oceniacie?

Ulubieńcy października

Witajcie :)

W związku z tym, że jestem po miesiącu za 50 zł, myślałam że nie napiszę teraz ulubieńców października i połączę ich z ulubieńcami listopada, gdyż przypuszczałam, że będzie ich malutko. Okazało się, że jednak się myliłam, bo sporo rzeczy, których używałam w październiku i które mnie zachwyciły, zakupiłam we wrześniu albo jeszcze wcześniej i tylko leżały w kosmetyczce i czekały na swoją kolej :) Wyszło mniej więcej po równo kolorówki i pielęgnacji.

Przedstawiam Wam zatem moich październikowych ulubieńców:
1. Cielista strona kredki Essence Ready for Boarding - używam jej od września, ale jakoś zapomniałam o niej wspomnieć w poprzednich ulubieńcach, zatem piszę o niej tera, bo używam jej praktycznie cały czas. Kredka służy mi do rozjaśniania linii wodnej oka. Według mnie jest dość trwała - u mnie ok. 3 godzin, podczas gdy inne kredki przy moich wrażliwych i często łzawiących oczach wytrzymują jakąś godzinę, albo i krócej. Kredka jest dość miękka, nie podrażnia mnie. Fajnie rozświetla linię wodną, mimo że nie jest perłowa. Druga strona kredki jest jasnoniebieska i używam jej znacznie rzadziej, jednak czasem przydaje się przy kolorowych makijażach. Obie strony kredki mają świetną pigmentację. Pojemność: 1,2 g. Data ważności: 36 miesięcy od otwarcia. Cena: ok. 7-8 zł (edycja limitowana). Polecam i oceniam na: 4/5 [potraktujcie ten punkt ulubieńców jako recenzję, bo nie widzę potrzeby pisania osobnego posta z bardziej szczegółową recenzją - tu są wszystkie ważne informacje]

2. Szminko-błyszczyk Kobo Professional Extreme Gloss, kolor 205 India Rose - początkowo byłam rozczarowana bardzo przeciętną pigmentacją, jednak w październiku jakoś się do tego kosmetyku przekonałam. Po nałożeniu dwóch warstw uzyskuję półtransperentny chłodny kolor, nieco ciemniejszy od naturalnego koloru moich ust. Efekt jest zatem ciekawy i za to ten produkt polubiłam. Ponadto nie wysusza mi ust :) Szersza recenzja wkrótce.

3. Bibułki matujące z pudrem Kobo Professional - polubiłam je za skuteczność, za bardzo praktyczne opakowanie. Ostatnio mam sporo różnych imprez, spotkań itp. i te bibułki ciągle mi towarzyszą - są po prostu niezastąpione. Przedłużają mi trwałość makijażu o kolejne ok. 4 godziny.

4. Rozświetlacz Essence Wild Craft, kolor 01 Let's Get Wild - pięknie prezentuje się na szczycie nosa i szczycie kości policzkowych. Daje efekt subtelnej tafli, ma dość chłodny odcień. Początkowo trochę obawiałam się drobinek, których ma sporo, ale na szczęście nie dają one jakiegoś brokatowego efektu kuli dyskotekowej - są bardzo subtelne. Również za jakiś czas go zrecenzuję i zrobię więcej fotek :)


5. Kredka do brwi Catrice, kolor 020 Date With Ash-ton - jest to kolor jasnego brudnego brązu, dla mnie idealny. Kredka jest dość trwała, dlatego ostatnio zrezygnowałam nawet z żeli do utrwalania brwi, bo kredka trzyma się na moich brwiach niemal nienaruszona aż do wieczornego demakijażu. Ponadto ma świetną szczoteczkę do rozczesywania brwi - ulubiona szczoteczka po starym tuszu do rzęs, która wcześniej służyła mi do tego celu, odeszła zatem do lamusa ;)

6. Odżywka do włosów z jedwabiem CHI Silk Infusion - zakupiona u mojej fryzjerki za 10 zł, ale ostatnio znalazłam identyczną, tylko wypuszczoną pod inną marką (ale od tego samego producenta) w drogerii Hebe w promocyjnej cenie 5,99 zł, więc kupiłam zapas ;) Jest ona bardzo wydajna i dobrze wygłasza mi włosy. Na co dzień stosuję ją tylko na końcówki, żeby nie przetłuszczać i nie obciążać zbyt mocno włosów. Kiedy regularnie jej używam końcówki moich włosów są mniej szorstkie i wolniej się rozdwajają.

7. Lirene Dermoprogram, Odżywianie, Masecza samowchłaniająca z witaminami E i PP - kupiłam w promocji po 2,19 zł w Rossmannie. Maseczka faktycznie sama się wchłania, tylko trzeba jej dać na to trochę czasu. Pięknie pachnie - morelami, aż chce się ją zjeść :) Skóra następnego dnia faktycznie wygląda na odżywioną - maseczka przywraca jej blask, co dla mnie jesienią jest bardzo ważne. Zamierzam zatem zakupić sobie tego specyfiku więcej :D

8. Lirene Dermoprogram, Peeling enzymatyczny - generalnie wolę peelingi enzymatyczne, ale chciałam ostatnio spróbować czegoś innego i ten peeling zdecydowanie przypadł mi do gustu - czuję jego działanie na skórze. Dobrze ściera martwy naskórek, nie podrażnia. Zostawia suche skórki jedynie przy krostkach trądzikowych, które jeszcze się goją. Myślę, że jest to fajna opcja dla osób z wrażliwą skórą lub problemami z trądzikiem.


9. Tonik nagietkowy Ziaja do cery normalnej i suchej - spełnia wszystkie moje oczekiwania wobec toniku - dobrze oczyszcza, daje uczucie odświeżenia, nie daje uczucia ściągnięcia skóry, a przy tym jest tani i łatwo dostępny - czego chcieć więcej? :)

10. Naturalne Syberyjskie Czarne Mydło marki Receptury Babuszki Agafii - obiecuję Wam, że wkrótce doczekacie się szerszej recenzji tego cuda, gdyż używam go od miesiąca. Ma świetny skład i bardzo dobrze nawilża skórę. Do tego jest bardzo wydajne (używam go wspólnie z moim chłopakiem). Mimo glutowatej konsystencji dobrze się pieni. Ma ciekawy zapach - taki leśny :)

11. Chusteczki do demakijażu BeBeauty, do każdego typu cery - bardzo przyjemne  w użyciu, delikatne, nie podrażniają, dobrze zmywają makijaż. Problem jest jedynie z eyelinerem żelowym Essence, dlatego do zmywania oczu stosują płyn dwufazowy, a tymi chusteczkami oczyszczam resztę twarzy. Zawartość opakowania starcza mi na ok. miesiąc.


12. Lakiery do paznokci Essence Colour&Go, 35 Movie Star i 81 No Doubt - czyli szaraczki, której tej jesieni szczególnie sobie upodobałam, bo ostatnio mam ochotę na subtelny kolor paznokci, który mocno nie rzuca się w oczy, ale nie jest z kolei typowym nude, bo byłoby zbyt nudno. A z szarością coś jednak na tych pazurkach się dzieje ;)

I to już są wszyscy moi październikowi ulubieńcy. Podpatrzyłyście coś ciekawego? A może same odkryłyście coś ciekawego i podzielicie się tym w komentarzach? :)